Ślimaki ruszają z kopyta

Polacy zakładają hodowlę nad Adriatykiem. Ślimaki lubią włoski klimat, a Włosi — ślimaki. Przysmak w skorupie wróci też na nasze stoły

Do końca maja trwa sezon na winniczki. Dziurę po ślimakowym zagłębiu, czyli województwie warmińsko-mazurskim, w którym w tym roku obowiązuje zakaz zbioru i skupu, chętnie zasypią producenci ślimaków hodowlanych. Z ich produkcją ruszą wkrótce we Włoszech, a z dostawą — w Korei.

Narodowe zwierzę

— Dziki ślimak był kiedyś naszym narodowym zwierzęciem, ale w związku ze zbyt dużymi zbiorami populacja tak się skurczyła, że trzeba ją chronić. Rozwinął się więc rynek hodowlany. Zdecydowana większość produkcji trafia za granicę — w formie świeżej, mrożonej lub przetworzonej. Ślimaki w puszce czy kawior ze ślimaków to nasze najbardziej ekskluzywne produkty, eksportowane głównie do Włoch — mówi Grzegorz Skalmowski, prezes Snails Garden.

Instytut Zootechniki w podkrakowskich Balicach szacował w 2013 r. możliwościprodukcyjne polskich ferm na 400- -700 ton rocznie.

— Co roku w Polsce przybywa około 100 ferm hodowlanych, jednak 20-30 proc. znika, bo z powodu źle dobranego gatunku nie znajdują rynków zbytu — twierdzi Grzegorz Skalmowski, który tak rozwinął hodowlę, że rusza z nią nad Adriatyk.

— Kilka tygodni temu utworzyliśmy spółkę w miejscowości Termoli we Włoszech. Mamy tam 1 hektar terenu, na którym będziemy tuczyć ślimaki, stawiać magazyny, chłodnie i hurtownię. Otworzymy też restaurację ze specjalnym ślimakowym menu, w którym znajdą się m.in. pierogi ze ślimakami. Wszystko ruszy jeszcze w tym roku — mówi szef Snails Garden. Na razie włoska inwestycja pochłonie 0,5 mln zł.

— Dzięki odpowiednio wysokim temperaturom ślimaki mogą tam rosnąć przez 9 miesięcy w roku, a nie przez 3 — jak bywa w Polsce. To ciekawy rynek ze względu na sporą konsumpcję oraz fakt, że Włosi jedzą aż trzy rodzaje ślimaków — winniczki oraz ślimaki szare duże i małe, które są gatunkami hodowlanymi. Francuzi akceptują tylko duże. Interesujący jest też rynek hiszpański, ale ostatnio ceny na nim spadają — twierdzi Grzegorz Skalmowski.

We Włoszech chce hodować na początek 50 ton rocznie. W Polsce wytwarza dwa razy tyle, a dodatkowo jest w stanie wyprodukować 800 ton tzw. ślimaków wylęgowych, czyli potrzebnych do założenia hodowli. Te również trafiają za granicę.

Wypchnięty przez mule

Pracą nad kontraktami, m.in. w Korei i Nigerii, chwali się Polish Snail Holding (PSH), grupa spółek, przez które rocznie przechodzi 300-400 ton ślimaków. — Obok zwiększania eksportu dla rozwoju branży kluczowa jest budowa rynku krajowego — uważa Damian Gajewski, prezes PSH.

Precyzyjnie, chodzi o odbudowę, bo — jak przypomina szef holdingu — ślimaki gościły już na polskich stołach.

— W czasach PRL były podawane jako danie luksusowe we wszystkich dużych hotelach, np. Marriotcie. Później ślimaki ze stołów zepchnęły krewetki i mule, ale coraz więcej szefów kuchni zaczyna do nich wracać — twierdzi Damian Gajewski. Wielki ślimakowy come back nie uda się bez szerokiej obecności w sieciach handlowych.

— Istotne jest przyzwyczajenie klientów do produktu. W zeszłym roku udało nam się wejść z naszymi puszkami do Makro i Selgrosa. Walczymy o półki w kolejnych sieciach. Wcześniej pojawiały się u nas ślimaki z importu, ale odstraszały ceną. Puszka, z której można przygotować dwie porcje, kosztowała nawet 40 zł. Nasza to wydatek rzędu 11-13 zł, więc jest zdecydowanie bardziej dostępna dla przeciętnego Polaka — mówi Damian Gajewski.

Jego zdaniem, rynek z praktycznie zerowego spożycia ma szansę rozwinąć się w ciągu 1-2 lat do 100-300 tys. puszek rocznie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu