Firma nic nie produkuje. Wszystko, co ma, to program komputerowy: internetowy komunikator. I kapitał: 6 mln użytkowników.
Cypr. Pub na przedmieściach Limassol. Przed nim reklama: Internet bezpłatny, dostęp do MSN, AOL, ICQ i Gadu-Gadu. Rzym. Kawiarnia internetowa dwa kroki od Forum Romanum. Przed wejściem wielki napis: tanie rozmowy, Skype, Gadu-Gadu. I Warszawa. Biurowiec na Pradze. Trzech wyluzowanych facetów w lekkim stresie. Dzisiaj ich firma, Gadu-Gadu wchodzi na giełdę. Nic nie produkuje. Wszystko, co ma, to program komputerowy: internetowy komunikator. I kapitał: 6 mln użytkowników.
Dyskietka Foltyna
O początkach Gadu-Gadu pisaliśmy dwa lata temu (Gadu-Gadu nocą, Gadu-Gadu w dzień, 21.11.2005). O tym, jak Łukasz Foltyn, młody programista zapatrzony w izraelski ICQ postanowił stworzyć jego polski odpowiednik. Pomysł sprzedał inwestorowi Warsaw Equity Holding, który z kolei zamierzał odsprzedać komunikator jednemu z portali internetowych. Pieniądze, 100 tys. dolarów, trafiły na stół, a Foltyn przed komputer. Po 12 miesiącach pracy stworzył program, który zapisał na dyskietce i zaniósł inwestorowi.
Zawartość dyskietki nie była rewolucyjna. Ot, kolejny program do tekstowej komunikacji przez internet. Miał jedną zaletę. Był po polsku. To wystarczyło, aby 15 sierpnia 2000 r., kiedy program wystartował w sieci, ponad 10 tys. osób zarejestrowało się i pobrało go na swoje komputery. Rakieta wystrzeliła. Gadu-Gadu (nazwa wymyślona przez Piotra Pokrzywę, obecnego członka zarządu) zaczęło dawać pierwsze zyski z reklamy, bo program był i w znacznej części pozostaje bezpłatny.
— Przychody nie przekraczały kilkuset złotych miesięcznie — przyznaje Krzysztof Szalwa, członek zarządu Gadu-Gadu.
— Bo umieszczenie baneru reklamowego kosztowało wtedy tysiąc złotych — dodaje Piotr Pokrzywa, członek zarządu Gadu-Gadu.
Trzy lata po debiucie ten sam baner reklamowy kosztował 12 tys., w 2005 roku — 30 tys., a w zeszłym roku blisko 50 tys. złotych. Nic dziwnego, że księgowy zacierał ręce.
Po pięciu latach przychody z reklam sięgnęły ponad 8 mln złotych, a w ubiegłym roku prawdopodobnie 11 mln złotych.
Co ciekawe, spółka na reklamowanie programu nic nie wydaje.
— Jedynym wyjątkiem była reklama związana z wejściem na giełdę — przyznaje Szalwa.
Rozpoznawalność marki jest ogromna. Podczas przeprowadzonych niedawno badań na grupie docelowej w wieku od 16 do 35 lat, okazało się, że zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn Gadu-Gadu było lepiej rozpoznawalną marką od MTV, Nike, Pepsi, Pumy czy Coca-Coli.
Nie ma prezesów
Niewielu pamięta ciasny pokoik w centrum miasta, w którym Foltyn pisał program, ani nawet niewiele większe biuro z sekretarką, ale już z salą konferencyjną i cukierkami dla gości, w którym pracowało pięć osób. Odkąd Gadu-Gadu zmieniło siedzibę na nie pierwszej młodości biurowiec na Pradze, wszyscy żartują, że dorobili się wreszcie korytarza. Dzisiaj pracuje tu 60 osób. W firmie panuje luz. Wszyscy są ze sobą po imieniu, nie ma prezesów czy szefów, garniturów i krawatów. Najmłodszy programista zdał niedawno maturę, najstarsi robią doktoraty. Wokół biurka komputery. Tak wygląda od środka komunikator internetowy. Serce firmy, serwerownia, jest kilkaset metrów dalej, w strzeżonym niczym skarbiec bankowy budynku ATM.
Rozmawiamy na luzie
— Spotyka się w internecie opinie, że Gadu-Gadu to jeden wielki szmelc, że się zawiesza, zżera RAM i że wszystkie inne komunikatory są lepsze — zaczynam prowokacyjnie.
— To stereotypy. Z mocnymi markami jest tak: albo się je kocha, albo nienawidzi. Gdyby rzeczywiście Gadu-Gadu było kiepskim programem, to nie korzystałoby z niego 6 mln osób. Dzisiaj prawie co drugi użytkownik internetu z niego korzysta — argumentuje Pokrzywa.
— Cena akcji to 21 złotych. Eksperci twierdzą, że to drogo, patrząc na stosunek ceny do zysku.
— Ach ci eksperci! Skoro inwestorzy instytucjonalni, fundusze inwestycyjne, wykupiły całą emisje po tej cenie, to chyba nie jest ona wyśrubowana. To są prawdziwi eksperci, bo wykładają własne pieniądze, to najlepsze odniesienie i próbnik wartości oferty. Rynek określił atrakcyjny dla niego poziom cenowy, więc trudno z nim polemizować — twierdzi Krzysztof Szalwa.
Jakie będzie Gadu-Gadu za rok, dwa, trzy?
— Rozwiniemy, obok podstawowego rdzenia, jakim jest komunikator, nowe usługi, jak Gadu Radio, Gadu w komórce, Gadu Serwis, Gadu-GaduNagłos, czyli telefonia internetowa To już nie tylko komunikator, ale multimedialna platforma komunikacji. Chcemy, żeby użytkownik mógł komunikować się tak, jak chce. Na pewno wejdziemy na rynek telefonii komórkowej — zapowiada Szalwa.
— Aż w końcu dojdziemy pewnie do teleportacji — żartuje Pokrzywa.
Nagle, zza drzwi dobiega czyjś głos z korytarza: my tu gadu-gadu, a tlenu coraz mniej. Parskamy śmiechem. Tlen to nazwa jednego z konkurencyjnych polskich komunikatorów.
Balaćka
Kiedy przed laty Foltyn zaoferował pomysł stworzenia komunikatora Wirtualnej Polsce, ta odprawiła go z kwitkiem. Gdy pięć lat później przychody Gadu-Gadu z reklam sięgały 5 mln złotych, portal Interia chciał go odkupić za 30 mln złotych, jednak Janusz Filipiak, główny udziałowiec portalu, nie zgodził się na transakcję. Dzisiaj firma wyceniana jest prawie na 100 mln złotych. Z giełdy chce ściągnąć 75 mln złotych. Na co przeznaczy uzyskane pieniądze?
— Wprowadzimy nowe usługi do komunikatora, który jest rdzeniem całej sieci Gadu-Gadu. Ponadto, planujemy stworzenie jego płatnej wersji dla biznesu. Chcemy też wyruszyć na zagraniczne rynki. Planujemy wejść do Rosji i na Ukrainę — zapowiada Szalwa.
Podbój wschodnich rynków odbędzie się tak samo jak przed laty zrobił to Foltyn. Co z tego, że w Moskwie czy w Kijowie wszyscy korzystają z ICQ? Gadu-Gadu jako jedyny komunikator będzie w cyrylicy. Lada dzień Ukraińcy już będą mogli korzystać z „Balaćki” (miła pogawędka), prostego komunikatora przypominającego pierwszą wersję programu Foltyna. Takie deja vu, które dla inwestorów może oznaczać big money. n
