Słowo się rzekło...

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-02-22 00:00

Panie Prezydencie, Panie Marszałku, Panie i Panowie Posłowie, Obywatele Rzeczypospolitej! Zwracam się do Sejmu o aprobatę programu i składu rządu powołanego przez Prezydenta Rzeczypospolitej. Nie jest to rząd na całą kadencję. Jeśli uzyska kredyt zaufania, będzie miał do dyspozycji rok. Tyle czasu potrzebujemy i tyle oczekujemy. Tak rzekł w exposé, 14 maja 2004 roku, prezes Rady Ministrów Marek Belka.

2 maja 2004 roku, o godzinie 14.30 prezydent Aleksander Kwaśniewski desygnował na premiera prof. Marka Belkę. Ten wykazał się iście nieakademickim refleksem i sformułował rząd w półtorej godziny — o 16.00 premier i ministrowie odebrali z rąk prezydenta nominacje i teczki na dobrą drogę (niektórzy po raz kolejny). Później było trochę perturbacji z uzyskaniem przez gabinet sejmowego wotum zaufania (rząd uzyskał je dopiero 24 czerwca), ale faktycznie rządził on od 2 maja 2004 roku, od godziny 16.00. Tak więc rok, „czas potrzebny i oczekiwany”, mija 2 maja 2005 roku o godzinie 16.00.

Podanie się do dymisji rządu Marka Belki wydaje się jedynym rozwiązaniem, które spełni zapowiedzi polityków lewicy, powszechne oczekiwania i skróci agonię tego parlamentu. No i oszczędzi wstydu. Zapowiadane bowiem na 5 maja, przez marszałka Sejmu Włodzimierza Cimoszewicza, poddanie pod głosowanie projektu uchwały o skróceniu kadencji, wobec postawy posłów SLD i sejmowego planktonu, nie ma praktycznie żadnego znaczenia, gdyż nie ma szans na uchwalenie (diety, diety — kasa Misiu).

By uniknąć zamieszania i politycznej kompromitacji, że szefów czterdziestu kilku państw nie ma kto powitać (w połowie maja ma odbyć się w Warszawie szczyt Rady Europy, o którego organizację ubiegaliśmy się przez trzy lata), złożenie dymisji można przełożyć o nieco ponad dwa tygodnie. Ale nie dłużej. Po złożeniu dymisji prezydent ma dwa tygodnie na wskazanie kandydata na premiera. Ale, chociaż akademikiem nie jest, może z tego zrezygnować. Jak kandydat na premiera, formalnie, w półtorej godziny sformował rząd, to prezydent już po półgodzinie może stwierdzić, że nie ma kandydata na premiera. Wtedy, przez dwa tygodnie piłka jest po stronie Sejmu. Sejm się nie spieszy (diety, diety — kasa Misiu), ale — co oczywiste — nie jest w stanie wyłonić kandydata mogącego uzyskać wotum zaufania. I jesteśmy tak gdzieś na początku czerwca. Prezydent podtrzymuje swoją decyzję, iż nie widzi kandydata mogącego skutecznie kierować pracami rządu w takich okolicznościach politycznych (premier Belka też nie jest w stanie — ale to inna sprawa) i rozwiązuje Sejm. Ponieważ już od jakiegoś czasu mamy permanentną kampanię wyborczą, nic nie stoi na przeszkodzie, by wybory odbyły się 19 lub 26 czerwca. Proste?