Smakowanie homara w rytmie segi

Agnieszka Ostojska
27-09-2002, 00:00

Na Mauritius lecieliśmy z wyczytaną w encyklopedii wiedzą o wyspie i z kilkoma skojarzeniami. Wiktor miał ubrania z metką „Made in Mauritius”, Robert słyszał o plantacjach herbaty i pięknych plażach. Wszystko.

Wyspa powitała nas ciepłym deszczem. Choć w sierpniu na półkuli południowej panuje zima, na Mauritiusie jest 20-25 stopni i raczej sucho. W lecie, czyli w grudniu i styczniu, bywa cieplej, ale wilgotność sięga 90 proc. Europejczykowi przypomina to pobyt w saunie parowej. Gdybyśmy na wyspę wybrali się wówczas, moglibyśmy doświadczyć kilku niespotykanych (i dobrze!) u nas niespodzianek. W lecie — średnio co 2-3 lata — wyspę nawiedzają cyklony. „Zasłonić okna zewnętrznymi roletami, zamknąć drzwi, nie włączać urządzeń elektrycznych, czekać na telefon z recepcji ze wskazówkami” — stało w instrukcji postępowania w przypadku czwartego, nawyższego stopnia zagrożenia. Antycyklonowy dokument znaleźć można w każdym pokoju.

Zamieszkaliśmy w hotelu na północno-zachodnim wybrzeżu. Przez pierwsze godziny — banał: zachłystywaliśmy się morzem, plażą i słońcem. Z lazurowej wody wystawały kolorowe rurki zwolenników snorklingu, czyli nurkowania z maską i rurką tuż pod powierzchnią wody.

Do plażowiczów co chwilę podchodzili tubylcy. Poza koralikami i kapeluszami z trzciny cukrowej proponowali wyłowienie świeżych ostryg czy wypożyczenie wędki. Wśród handlarzy byli też organizatorzy imprez na morzu. W rejs wokół wyspy można było wypłynąć statkiem pirackim lub katamaranem przy dźwiękach segi — maurytyjskiej salsy.

— Grillowane homary i wino do woli — nęcił Kreol, podobny do Boba Marleya.

Dla chętnych tubylcy urządzają połowy ryb o świcie lub w godzinach pasujących urlopowiczom. Nie ma się co martwić o połów, bo „ryby biorą zawsze, niezależnie od pory dnia i nocy”.

Choć nie można narzekać na brak wiatru, przy północno-zachodnim brzegu Mauritiusa Ocean Indyjski przypomina jezioro: wysokie fale rozbijają się z dala od plaży o otaczające wyspę rafy koralowe. Tylko na przylądku Gris Gris (tzn. czarna magia) — na południu — fale dochodzą do 6-7 metrów. Niebezpiecznie jest tam nawet brodzić. Widzieliśmy, jak młodą Hinduskę w sari nagły przybój zbił z nóg. Z trudem się wyratowała.

Zwiedzanie wyspy zaczęliśmy od wypożyczenia samochodu. Szok. Na Mauritiusie obowiązuje ruch lewostronny. Trudno się przyzwyczaić.

— Trzy tygodnie temu niemiecka para turystów miała wypadek. On do tej pory leży w klinice. Uraz głowy czy coś... Po prostu pomyliło mu się i zjechał na drugą stronę drogi — wspomniał rezydent biura podróży.

Natychmiast jednak podkreślił, że Mauritius to bezpieczna wyspa. To powszechna opinia. Pracownik wypożyczalni samochodów na pytanie, czy ubezpieczenie obejmuje kradzież samochodu lub okradzenie go, odpowiedział z oburzeniem: — Na Mauritiusie to się nie zdarza!

Prócz lewostronnego ruchu, zagrożeniem dla turysty z kontynentalnej Europy pozostaje brak oświetlenia na drogach i słabe ich oznakowanie.

Na pierwszą samodzielną wyprawę wybraliśmy się do stolicy Mauritiusa — Port Louis, najstarszego miasta na wyspie. Sąsiednie dzielnice zamieszkują różne nacje: Hindusi, Chińczycy, Arabowie, Żydzi, Europejczycy.

— Mieszkają tu ludzie z kilku kontynentów. W Port Louis najlepiej widać naszą różnorodność — wyjaśnia Tristan Breville, właściciel stołecznego muzeum fotografii, gdzie zgromadzono największe archiwa zdjęć wyspy.

Pomimo różnorodności etnicznej, mieszkańców Mauritiusa cechuje patriotyzm. Są dumni z bogactwa kultur, ras i języków. W parku botanicznym w Pamplemousse zapytaliśmy pilota o różnicę między Mauritiusem a Seszelami. Niemal się obraził.

— Seszele to porozrzucane wyspy. W większości należą do milionerów i mafiosów. Tam jest nudno... Morze, wyspa i bogacze... A Mauritius tętni życiem. I kolorami. Wszyscy są tu mile widziani — przekonywał.

Prawda. Mauritius wchłonie każdego. Przez wieki osiedlali się tu kupcy. W Port Louis założyli targ. Do dziś handluje się tam wszystkim przez 7 dni w tygodniu. Tuż obok kolorowego rynku stanęły nowoczesne biurowce i eleganckie centra handlowe. W uliczkach otaczających centrum stolicy kryją się restauracje, bary i małe sklepiki. I mnóstwo ciasnych warsztatów rzemieślniczych, w których poza krawcem czy szewcem i ich maszynami, nie zmieści się już nic. „Garsonka na miarę w 24 godziny” lub „W 12 godzin będziesz miał buty jedyne w swym rodzaju” — głoszą szyldy na warsztatach. I nie obiecują gruszek na wierzbie. To doskonali fachowcy.

W Port Louis skupia się świat biznesu i polityki: banki, ministerstwa, szkoły. Ale po zmroku, po godzinie 18.00 (słońce zachodzi kilka minut po 17) w stolicy nie ma czego szukać. O tej właśnie godzinie zamyka się większość restauracji i sklepów. Życie nocne wyspy toczy się w Grand Baie, na północnym wybrzeżu wyspy — tam, gdzie są hotele. Z każdego można wziąć taksówkę i za blisko 600 rupii (prawie 100 zł) dojechać do Grand Baie i do Port Louis. Podobnie jak inne ceny na wyspie, także wysokość opłaty za taksi zależy od zdolności negocjacyjnych klienta. W cenę kursu taksówki wlicza się powrót.

Na wyspie trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nikt się nie spieszy.

— Ludzie przychodzą do restauracji, kiedy mają czas, chcą się odprężyć. Nie obsługujemy gości w pośpiechu, bo szybko sobie pójdą. A tak — może nie tylko zjedzą obiad, ale zostaną na podwieczorku — tłumaczył nam szef kelnerów w restauracji Papparazzi, gdy po półgodzinie upomnieliśmy się o przystawki.

W barach, restauracjach, hotelach pracuje wielu ludzi. Każdą czynność się celebruje. Jeden Maurytyjczyk koncentruje się na nalewaniu alkoholi, drugi podaje herbatę, inny parzy kawę. Kompetencje mieszają się wyjątkowo. Może dzięki temu wyspa, jako jeden z niewielu krajów na świecie, ma wskaźnik bezrobocia na poziomie 2 proc.

Na Mauritius jeżdżą Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy... Dużo jest turystów z RPA. Polaków niewielu. Na słowo Polska tubylcy reagują uprzejmie, choć daremnie starają się umiejscowić nasz kraj. Tylko trzem osobom słowo Poland nasunęło właściwe skojarzenia. Kelner w restauracji Café du Vieux Conseil w Port Louis:

— Polska, Jan Paweł II. Był na Mauritiusie w 1979 r.

— To jest pan katolikiem?

— Nie, muzułmaninem. Moja żona jest katoliczką.

Maurytyjski fan futbolu dopytywał się o losy Zbigniewa Bońka. Przy okazji namówił nas na kupno naszyjnika z koralików, oczywiście po promocyjnej cenie. Gdybyśmy go nie kupili, bylibyśmy skazani na kilkugodzinną opowieść o trenerze polskiej kadry.

Trzecią osobą, której na słowo Polska nie pojawił się w oczach znak zapytania, był właściciel sklepu z markową odzieżą. Kilka lat temu pracował z Polakami w Londynie:

— To bardzo mili i uczynni ludzie. A jacy pracowici!!!

Komplementów o własnym narodzie chętnie się słucha. Właściciel sklepu zaproponował nam nawet wspólne otworzenie biura podróży, specjalizującego się w wyprawach na Mauritius. Oczywiście z siedzibą w Polsce. Jeszcze się zastanawiamy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Smakowanie homara w rytmie segi