Śmierć Nicei przyszła cicho

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-11-03 00:00

Dla Unii Europejskiej miniona sobota miała jednak znaczenie symboliczne — kadencję 2014–19 rozpoczęła Komisja Europejska (KE) pod wodzą Jeana-Claude'a Junckera.

W Polsce 1 listopada jest dniem szczególnym, ale w większości Europy to zwykła kartka w kalendarzu. Dla Unii Europejskiej miniona sobota miała jednak znaczenie symboliczne — kadencję 2014–19 rozpoczęła Komisja Europejska (KE) pod wodzą Jeana-Claude'a Junckera. Były luksemburski premier zapowiedział, że jego gabinet będzie mniej technokratyczny, a zdecydowanie bardziej polityczny, dlatego poszukiwał komisarzy „wagi ciężkiej”.

Siedziba Parlamentu Europejskiego
Bloomberg

Do takiej koncepcji kompletnie nie pasuje Elżbieta Bieńkowska, która w kraju będąc nawet wicepremierem nie czuła się politykiem, lecz wyłącznie urzędnikiem. Juncker po nowemu usytuował także siedmioro wiceprzewodniczących KE — poprzednio był to tylko prestiż, a obecnie każdy wice koordynuje swój resort oraz obszar kompetencyjny kilku komisarzy. Nowa KE zaczyna więc podnoszenie sprawności działania od stworzenia… wewnętrznej piramidy decyzyjnej.

1 listopada 2014 r. miał jeszcze inny kontekst, znacznie bliższy wątkowi cmentarnemu.

Kiedyś niedoszły „premier z Krakowa”, Jan Maria Rokita, zdefiniował narodową alternatywę „Nicea albo śmierć!”. Chodziło o obronę ustalonego w 2000 r. przez traktat z Nicei systemu tzw. głosów ważonych w podejmowaniu decyzji przez ministerialną Radę UE. Czwórka potentatów (Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy) miała ich po 29, a Hiszpania i Polska po 27, czyli relatywnie bardzo dużo. Wszelkie kalkulacje dotyczyły montowania większości nie przyjmującej unijne decyzje, lecz… blokującej. Traktat z Lizbony zlikwidował jednak system z Nicei, dla osłabienia politycznego wrzenia odkładając to aż o pięć lat.

Od soboty obowiązuje na branżowych posiedzeniach ministrów tzw. system podwójnej większości.

Do podjęcia decyzji potrzeba poparcia co najmniej 55 proc. państw, reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE. Jeśli tematu nie proponowała KE, to wymagany odsetek państw skacze do 72 proc. Mniejszość blokującą mogą utworzyć co najmniej cztery państwa, reprezentujące ponad 35 proc. unijnej ludności. O ile Nicea spłaszczała rolę ludnych Niemiec, o tyle Lizbona bardzo je umocowała, a najwięcej stracili tacy średniacy, jak Polska.

Nawiązując do tytułu — brak nagłośnienia ma w Polsce logiczne uzasadnienie. Zupełnie inaczej, niż w sporze klimatycznym nikt nikogo nie oskarża o sprzedanie interesów kraju. Chodzi o to, że traktat z Lizbony wynegocjowali bracia Kaczyńscy na szczycie Rady Europejskiej w czerwcu 2007 r. Fizycznie był tam prezydent Lech, ale unijni przywódcy wisieli na telefonach z pozostającym w Warszawie premierem Jarosławem. Potem w grudniu traktat podpisywał już Donald Tusk, ale z błogosławieństwem obecnego również prezydenta. A zatem w śmierć Nicei jednakowo „umoczeni” są wszyscy. Co prawda wtedy udało się załatwić możliwość epizodycznego wyjęcia do 31 marca 2017 r. nicejskich głosów ważonych z grobu w jakiejś sprawie na wniosek państwa członkowskiego. Ale to ekshumacja jedynie teoretyczna, podobnie jak tzw. mechanizm z greckiej Joaniny, umożliwiający proceduralnie odwlekanie decyzji przez „rozsądny czas”. Reasumując — Nicea zeszła z unijnego świata.

Możesz zainteresować się również: