Spółki nie doceniają relacji z inwestorami
Daniel Wójtowicz Autor jest właścicielem i dyrektorem
firmy Danter Relacje Inwestorskie, specjalizującej się w organizacji komunikacji między spółkami giełdowymi a środowiskiem inwestorskim.
Praktyka kontaktów spółek publicznych z akcjonariuszami i inwestorami należy do największych słabości polskiej giełdy. Wygląda ona co prawda trochę inaczej w okresie bessy, a inaczej (lepiej) w czasach prosperity, ale zawsze źle i daleko od oczekiwań. Dzieje się tak, ponieważ zarządy większości firm publicznych nie widzą ani konieczności, ani potrzeby zacieśniania związków z reprezentantami rynku kapitałowego. Widzą w nich ciekawskich i nieprzychylnych obserwatorów, a nie właścicieli czy partnerów.
Sytuacje takie potwierdzają istnienie obszarów fikcji w naszym życiu giełdowym. Dla wielu spółek wejście na parkiet było operacją jednorazową, służącą jedynie realizacji doraźnych interesów. Liczni znani mi prezesi twierdzą wręcz, że nie mają żadnych oczekiwań względem giełdy, a zwłaszcza nie dążą do podniesienia kapitałów.
Inni natomiast szukają środków finansowych metodami „face to face” i zwracają się bezpośrednio do banków z propozycjami objęcia pakietów akcji czy nowych emisji.
Tak czy owak prezesi spółek nie widzą potrzeby prowadzenia finansowych „relacji publicznych” i pozyskiwania przychylności szerokich kręgów inwestorów. Podkreślić należy dla porządku i rzetelności, że spostrzeżenia te nie dotyczą wszystkich spółek giełdowych, lecz ich większości. Nieliczne wyjątki nie mają jednak wpływu na ogląd całości zjawiska i na atmosferę wokół parkietu.
Niechęć zarządów do rozwijania komunikacji z rynkiem kapitałowym ma swoje uzasadnienie również w trudnej sytuacji ekonomicznej tych firm i w coraz bardziej dokuczliwym braku dobrych wyników i perspektyw, którymi można by zachęcić inwestorów. Większość spółek nie pokazuje prognoz nawet na rok bieżący, nie mówiąc już o dalszej perspektywie. Z czym zatem mają wychodzić do analityków i inwestorów?
Słabości komunikacji na rynku publicznym nie leżą jednak tylko po jednej stronie. Inwestorzy portfelowi, nawet ci najbardziej profesjonalni, są w dzisiejszych warunkach nastawieni przede wszystkim na zysk doraźny, spekulacyjny, a nie wynikający z długoterminowego wzrostu fundamentalnej wartości firmy. Z tego powodu często nie są oni prawdziwie zainteresowani wsłuchiwaniem się w ton informacji płynących ze spółki i nie podporządkowują decyzji odczuciom dotyczącym dalszej przyszłości. Nie mają również pod adresem zarządów swoich wymagań, nie rozliczają ich skrupulatnie ze złożonych obietnic i nie pomagają w ich realizacji.
Wpływa to na ugruntowanie przekonania spółek, że i tak to, co powiedzą, nie wpłynie na ich giełdową pozycję. Tak ukształtowana rzeczywistość relacji inwestorskich jest dla polskiej giełdy niemałym zagrożeniem. Podważa bowiem istotę rynku publicznego, który powinien być powszechny i otwarty. Zmienić ją mogą wyłącznie firmy ambitne i nastawione na wielki sukces rynkowy oraz ambitni inwestorzy chcący i potrafiący na tym sukcesie — ponosząc ryzyko — zarobić.
Grono takich firm dopiero się kształtuje i minie sporo czasu, nim zdominuje ono polską giełdę.