Swoją przygodę z baloniarstwem Sławomir Karpiński zaczął prozaicznie. - Pięć lat temu znajomy zabrał mnie na przelot balonem i dalej już wszystko samo się potoczyło. Licencję pilota balonu zdobyłem dwa lata temu. Pół roku później kupiłem sobie balon - wspomina. Dodaje, że teraz on stara się zarazić innych miłością do tego sportu.
Wznieść się ponad problemami
Baloniarstwo to hobby dla
pokornych, bo latać można tylko o określonych porach i w odpowiednich warunkach
pogodowych - nie może padać ani wiać. Bowiem przy wietrznej pogodzie czasza
balonu nie daje się wypełnić powietrzem z wentylatora. Nieprzyjemne może też być
lądowanie. - Zdarza się, że kiedy zerwie się wiatr, powłoka ciągnie za sobą
wywrócony kosz nawet 500 metrów, zanim całkowicie opadnie na ziemię - mówi
Karpiński.
Startuje się albo o wschodzie słońca, co oznacza, że latem trzeba wstać przed czwartą rano, albo dwie godziny przed zachodem słońca. Wtedy nie ma termiki i ustaje wiatr. - Nigdy do końca nie wiadomo, czy będzie odpowiednia pogoda, więc trudno zaplanować taki wypad z kilkudniowym wyprzedzeniem. Ludzie, których pierwszy raz zapraszam na balon, często mają do mnie pretensje, o to, że w ostatniej chwili odwołuję całą imprezę i wykręcam się złą pogodą. Ale tak to już jest z tym sportem, tu człowiek po prostu musi dostosować się do praw natury - mówi Sławomir Karpiński. I szybko dodaje, że obcowanie z naturą, kiedy dosłownie możesz sięgnąć chmur, rekompensuje wszelkie niedogodności. - Podczas lotu relaksuję się i zapominam o problemach, które zostawiam tam - na ziemi. A nie jest trudno o nich zapomnieć, kiedy wznosisz się nad pasem mgły, z którego wyłaniają się oświetlone promieniami wschodzącego słońca warszawskie wieżowce - widoczne z odległości 40 kilometrów. To niesamowite przeżycie. Cudownie jest, kiedy lecisz tak nisko, że koszem prawie głaszczesz wierzchołki drzew. I z takiej bliskiej odległości obserwujesz biegające sarny, zające czy dziki. Wtedy czujesz, że naprawdę jesteś blisko przyrody. Często zdarza się, że wokół balonu krążą paralotniarze, co dodatkowo uatrakcyjnia wycieczkę. Lubię też ciszę podczas lotu, bo zwykle pasażerowie są pod takim wrażeniem, że nie rozmawiają. Poddają się magii lotu. Słychać tylko od czasu do czasu odgłos uruchamianego palnika - opowiada.
Balon wzbudza bardzo pozytywne emocje. Pewnie wynika to z tego, że w Polsce jest około 50 zarejestrowanych balonów, z czego tylko 30 lata, reszta leży gdzieś w garażach. - Jak nisko przelatujemy nad domami i działkami, to ludzie do nas machają i zapraszają na grilla. Jest naprawdę wesoło i sympatycznie. Lądując na czyimś polu, czasem niszczymy uprawy, ale jeszcze nikt nigdy nie miał do nas o to pretensji. Co więcej, zawsze spotkamy się z ogromną sympatią ludzi, którzy zapraszają nas do siebie. A dzieciaki są szczęśliwe, kiedy mogą pomóc nam złożyć powłokę balonu - wspomina Karpiński.
Zwiewny ciężar
Baloniarstwo to hobby zespołowe, więc
trzeba zorganizować ekipę, która upora się z przygotowaniem balonu do startu. Do
rozłożenia balonu i przeniesienia wszystkich jego elementów potrzebne są co
najmniej trzy osoby - najlepiej, żeby byli to mężczyźni, bo sama powłoka waży
120 kilogramów, a do tego trzeba doliczyć cztery butle z gazem - każda po 40
kilogramów, palnik oraz kosz. Cały balon wraz z ekwipunkiem to ciężar około 400
kilogramów. Powłokę trzeba napełnić powietrzem, które następnie ogrzewa się
palnikiem. Dla wprawnych osób przygotowanie balonu do startu zajmuje około 15
minut. Nie wszyscy jednak lecą. Jedna osoba musi śledzić balon i jechać za nim
samochodem, aby po wylądowaniu cały ciężki ekwipunek załadować na
przyczepkę.
- Jak zbierzemy grupę pasjonatów, to latamy przez cały weekend,
czyli dwa razy dziennie co najmniej po godzinie. Najlepsze miejsca do latania to
takie z dobrą infrastrukturą drogową, małym zalesieniem i z jak najmniejszą
liczbą słupów wysokiego napięcia. Bowiem przy lądowaniu można zahaczyć powłoką o
linię elektryczną i pozbawić ludzi w okolicy światła. Takie otarcie czaszą
balonu o linię wysokiego napięcia nie jest jednak niebezpieczne dla pasażerów.
No chyba że dojdzie do zerwania linii i jej końcówka uderzy w pasażera. Ale to
już ekstremalny przykład i nigdy nie słyszałem o takiej sytuacji - mówi
Karpiński.
Jak zapewnia , latanie balonem jest wyjątkowo bezpieczne. - Nawet w przypadku swobodnego spadania balonu z 400 metrów nic nie powinno się stać pasażerom, bo balon zachowuje się jak spadochron, a kosz doskonale amortyzuje upadek - wyjaśnia. Co ciekawe od wieków używa się koszy wiklinowych i jak na razie nie wymyślono materiału, który lepiej sprawdzałby się w baloniarstwie niż wiklina, która jest wytrzymała i świetnie amortyzuje uderzenie o ziemię. Kosz oczywiście poddawany jest restrykcyjnym atestom.
Sławomir Karpiński lata z kolegami z aeroklubu i ze swoimi starymi przyjaciółmi. - W naszych szeregach są zarówno biznesmeni, jak i naukowcy. To hobby, które odpręża po całym dniu harówki bez względu na wykonywany zawód - mówi.
Kosztowny (od)lot
Nawet wśród pasjonatów tego sportu
niewiele osób ma licencję pilota. Wbrew pozorom nie jest łatwo ją zdobyć. I
naprawdę trzeba być zdeterminowanym, aby osiągnąć ten wymarzony cel. Wymogiem
przystąpienia do egzaminu jest wylatanie 16 godzin balonem, a jeden lot musi
trwać do 40 minut. Nie zawsze instruktor jest dyspozycyjny, nie zawsze jest
odpowiednia pogoda. Dlatego Karpińskiemu staranie się o licencję zajęło aż rok.
- Co dwa lata muszę ją odnawiać. Przed 30. rokiem życia odnawia się ją co pięć
lat - informuje Sławek. Czeka nas też trudny egzamin teoretyczny, bo wymagania
są prawie tak wysokie, jak dla pilotów samolotów. Jednak dla wielu osób barierą
nie do przejścia są szczegółowe badania lekarskie. - Nie dostaniesz licencji,
jeśli masz słaby słuch lub wzrok - mówi. Teraz myśli już o kolejnym stopniu
wtajemniczenia. Planuje zdobyć uprawnienia instruktorskie, choć nie jest jak
większość instruktorów pilotem samolotu, bo, co ciekawe, wielu zapalonych
baloniarzy to piloci, którzy na co dzień latają z ponaddźwiękową prędkością, a w
ramach relaksu lubią snuć się balonem po niebie.
- Niestety, to drogi sport, ale jedni inwestują w duże mieszkania czy szybkie i drogie samochody, a ja wybrałem to, co sprawia mi najwięcej radości, czyli baloniarstwo - stwierdza Karpiński.
Koszt nowego balonu to 300 tysięcy Złotych. Używany można kupić za 150 tysięcy. Godzina lotu, biorąc pod uwagę koszt samego paliwa, to około 180 złotych. Przeciętnie zużywa się 60 litrów gazu (litr kosztuje 3,3 zł). Do tego trzeba doliczyć koszty ubezpieczenia lotniczego tak zwanego statku powietrznego. Zimą latanie jest tańsze, bo zużywa się trzykrotnie mniej gazu niż latem, kiedy temperatura jest wysoka i powietrze w balonie trzeba ogrzać do 90 stopni Celsjusza. Pilot balonu musi pamiętać, że dopuszczalna najwyższa temperatura to 120 stopni Celsjusza, po przekroczeniu tego progu niszczy się powłoka balonu. Temperaturę kontrolują czujniki, które znajdują się w górnej części balonu. I to jest też jeden z powodów, dlaczego nie można latać podczas opadów. Po prostu chłodzą one czujnik, co sprawia, że zakłamany jest odczyt temperatury powietrza w balonie. Poza tym nasiąknięta powłoka staje się dużo cięższa, co sprawia, że i tak długo nie polatamy.
Świat z lotu ptaka
Baloniarstwo to również sposób na
zwiedzenie świata. - W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłem w
międzynarodowych zawodach, które odbywały się w Tyrolu w Austrii. Takie zawody
składają się z kilku konkurencji. Jedna z nich polega na tym, że trzeba lecieć
równo za balonem, który wyznacza kurs. Wygrywa ta drużyna, która najlepiej
poradzi sobie z odwzorowaniem trasy balonu poprzedzającego - mówi Sławomir
Karpiński. Inna konkurencja polega na rzucie markerem, czyli takim woreczkiem z
piaskiem, w oznaczone pole. Im celniejszy rzut, tym więcej punktów. A trzeba
pamiętać, że balonem można sterować tylko w dwóch kierunkach - w górę i w dół.
To, w którą stronę polecimy, zależy już od kierunku wiatru. Dlatego, jeśli znamy
cel i wiemy, że start musimy zacząć spoza koła o promieniu na przykład 5
kilometrów, to szukamy takiego miejsca, z którego najłatwiej będzie nam tam
dolecieć i celnie trafić. W Austrii latałem na wysokości ponad 2 tysięcy metrów.
Wzbicie się na taką wysokość nad ziemię było niezbędne do tego, aby przelecieć
nad górami. A tam jest już naprawdę chłodno i nie pomaga już ciepło z palnika,
które na niższych wysokościach sprawia, że w koszu jest wyższa temperatura niż
na ziemi. W Polsce nie unosimy się wyżej niż 1200 metrów nad ziemię. A można
latać aż do tak zwanej strefy śmierci, w której nie ma już tlenu. Ta strefa
zaczyna się od 4 tysięcy metrów.
- Dodatkową atrakcją pobytu w Austrii było urocze miejsce, w którym zatrzymaliśmy się. Wszyscy zawodnicy mieszkali w przepięknym pałacyku położonym wysoko w górach. Zabawnie wyglądało, kiedy po lotach w sportowych ciuchach, siadaliśmy do śniadania podawanego w iście królewski sposób przez nadzwyczaj eleganckich kelnerów - wspomina. Ale na tych zawodach nie skończy się jego przygoda z Alpami. - W niedalekiej przyszłości chciałbym przelecieć balonem nad tymi górami.
Prawdopodobnie byłbym pierwszym Polakiem, który tego dokona - mówi Karpiński. Dodaje, że jest to nie lada wyczyn, ale aby wziąć udział w takich zawodach, trzeba spełnić bardzo restrykcyjne wymagania dotyczące sprzętu. No i wykazać się naprawdę dużymi umiejętnościami w zakresie pilotażu.
Sławomir Karpiński wie już, że za rok wybierze się na zawody aż do Indii. Jego koledzy byli już w RPA. Baloniarstwo stwarza okazję, aby znaleźć się w pięknym zakątku świata, który można podziwiać z lotu ptaka. - Szkoda tylko, że tak mało polskich firm jest skłonnych sponsorować zawody baloniarskie. Co prawda zamieszczenie widocznej reklamy to wydatek ok. 60 tysięcy złotych, ale uważam że taka reklama się szybko zwróci, bo balon wzbudza u nas jeszcze prawdziwą sensację - mówi Karpiński. I ma nadzieję, że marketerzy przekonają się do tego sportu, bo tylko sponsoring pozwoli na jego upowszechnienie w Polsce.
Więcej znajdziesz w listopadowym wydaniu "Naszego Rynku
Kapitałowego"!
