Dwa możliwe terminy późniejsze, czyli 29 października i 5 listopada, raczej nie wchodzą w grę, albowiem pomiędzy nimi wypada dzień Wszystkich Świętych. Postanowienie prezydenta o zarządzeniu wyborów musi zostać opublikowane do 14 sierpnia. Zgodnie z linią orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego (TK) – wyroki z lat 2006, 2009 i 2011 – istotne zmiany w prawie wyborczym mogą wchodzić w życie najpóźniej pół roku przed wyborami. Nie chodzi jednak o nieznany jeszcze dzień wrzucania głosów do urn, cisza legislacyjna odnosi się do jedynej daty pewnej, czyli terminu postanowienia prezydenta. Reasumując – uczciwa nowelizacja kodeksu powinna wejść w życie najpóźniej 14 lutego.
Zmiana przeforsowana przez PiS 26 stycznia w Sejmie jest spóźniona i łamie porządek ustalony wyrokami TK. Uwzględniając terminarz posiedzeń Senatu i Sejmu, okres na decyzję podpisową prezydenta, potem na publikację w Dzienniku Ustaw oraz wpisane 14-dniowe vacatio legis – zmiana kodeksu wejdzie w życie dopiero około… 1 kwietnia! To nie prima aprilis, lecz standardy państwa prawa Prawa i Sprawiedliwości. Władcy bronią tezy, że wszystko będzie w porządku, ponieważ wyroki TK ustaliły półroczny bufor dla „istotnych” zmian reguł wyborczych, a obecne takie nie są. Nowelizacja faktycznie nie tyka tematów ważnych dla samej klasy politycznej, takich jak np. przeliczanie głosów do Sejmu na mandaty, progi wyborcze, granice okręgów, konstrukcja list etc. Ustawa jest jednak ogromna, wprowadza wiele zmian dotyczących żywotnych interesów wyborców. Widocznie władcy uznali, że 30-milionowy elektorat nie jest podmiotem konstytucyjnie „istotnym” i może być traktowany przedmiotowo.
Propaganda PiS nagłaśnia jako profrekwencyjne zmniejszenie dolnej wielkości obwodu głosowania. Obniżenie progu z 500 do 200 mieszkańców ma umożliwić utworzenie nawet 6 tys. komisji obwodowych w małych wsiach, których mieszkańcy dotychczas głosowali w większych miejscowościach. Zamiatane pod dywan są natomiast przepisy antyfrekwencyjne. Wersja kodeksu, która ma obowiązywać w październiku, to krok wstecz wobec specustawy o wyborze prezydenta RP w 2020 r. Wtedy w obu turach, 28 czerwca i 12 lipca, każdy zainteresowany mógł głosować korespondencyjnie, z wyłączeniem tzw. obwodów zamkniętych. Z furtki skorzystała niewielka część wyborców, w obu turach odpowiednio 2,37 oraz 2,87 proc., przy czym wiele z tych głosów wysłano za granicą do komisji w ambasadach i konsulatach. Arytmetyka potwierdziła, że nawet w warunkach epidemii Polacy zdecydowanie preferują głosowanie osobiste. Korespondencyjna alternatywa dla chorych czy np. będących w podróży umożliwiła jednak stuprocentową realizację normy Konstytucji RP, że wybory są powszechne.
Niestety, w październiku 2023 r. przepisy cofną się do wersji niekonstytucyjnej. Głosowanie korespondencyjne będzie zawężone do osób niepełnosprawnych, objętych kwarantanną z powodu choroby zakaźnej z krótkiej listy (przepis z myślą o COVID-19) oraz… mających co najmniej 60 lat. Ta preferowana grupa ma również inną ścieżkę oddania głosu bez bytności w lokalu – przez pełnomocnika. Czemu PiS pozbawia czynnego prawa wyborczego np. chorujących obłożnie na coś spoza krótkiej listy chorób zakaźnych, a także np. wyborców w wieku 59 lat i 11 miesięcy, którzy podróżując w dniu głosowania nie będą mieli dostępu do lokalu? To pytania retoryczne, akademicki przykład gwałtu na konstytucyjnej normie powszechności wyborów, który dyskwalifikuje wersję kodeksu forsowaną przez PiS na październik.

