Sprzedaż tąpnęła, ale popyt nie. Dlaczego?

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-03-21 20:00
zaktualizowano: 2023-03-21 18:23

Firmy handlowe sprzedają mniej towarów po wyższych cenach. Jeszcze nie dostrzegły, by konsument zaczął istotnie negatywnie reagować na wyższe ceny. Ten moment jest dopiero przed nami.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Sprzedaż detaliczna w Polsce w lutym doznała tąpnięcia. Takiego spadku wolumenu sprzedaży poza okresami lockdownów nie widzieliśmy od 18 lat. Co jednak intrygujące, w badaniach ankietowych firmy handlowe nie raportują istotnego wzrostu problemów z popytem. Co się dzieje? Odpowiedź może być dość prosta — spadek wolumenu sprzedaży nie oznacza spadku popytu. Firmy podniosły ceny, sprzedały mniej, ale to nie jest mniejszy popyt. Spadek popytu nadejdzie wtedy, gdy reakcja konsumentów na ceny będzie mocniejsza niż do tej pory, gdy zaczną się odwracać od sprzedawców podnoszących ceny. Niewykluczone, że taki moment nadejdzie, pewne sygnały już widać.

W lutym sprzedaż detaliczna liczona w cenach stałych spadła o 5 proc. rok do roku wobec wzrostu o 0,1 proc. w styczniu. Były to dane dużo, dużo gorsze od oczekiwań rynkowych. Ostatni raz tak słaby wynik wystąpił na przełomie lat 2020/21, kiedy potężna fala COVID-19 doprowadziła do zamykania sklepów. Przed 2020 r. ostatni raz głębszy spadek nastąpił w 2005 r., kiedy handel był zaburzany efektami statystycznymi związanymi z akcesją Polski do Unii Europejskiej (przed akcesją konsumenci robili zapasy, bojąc się o wzrost cen — rok później widać to było w ujemnej dynamice rok do roku).

Głównym powodem spadku sprzedaży w ujęciu rok do roku jest spadek realnych wynagrodzeń. Jednak — jak pisałem wczoraj — realne płace z miesiąca na miesiąc zaczęły się już stabilizować, a mimo to dynamika sprzedaży znacząco pogorszyła się w ciągu miesiąca. Więc tu muszą działać jeszcze inne czynniki niż tylko spadek siły nabywczej. Jedną z hipotez jest odpływ uchodźców.

Z comiesięcznych badań koniunktury GUS nie wynika jednak, by firmy zgłaszały jakieś istotne problemy z popytem. W lutym 29 proc. firm handlowych wskazywało niski popyt jako barierę rozwoju. To zaledwie 5 pkt proc. więcej niż w połowie 2022 r., kiedy ten odsetek sięgnął historycznego minimum. W przeszłości w czasach kryzysowych odsetek był zbliżony do 45-55 proc. To nie oznacza oczywiście, że nastroje w firmach są dobre — nie są, ale akurat popyt nie jest wskazywany jako bardzo istotny problem.

Możemy oczywiście zbyć wyniki badań GUS jako mało reprezentatywne w warunkach bardzo dużych zmian strukturalnych w gospodarce i wielkich wstrząsów. Nauczyliśmy się w ostatnim roku, że badania nastrojów w zmiennych czasach mogą dawać mylne wnioski.

Moim zdaniem powód tej pozornej sprzeczności jest inny. Popyt to relacja między skłonnością do zakupu określonej ilości produktów a ich ceną. Ta relacja wygląda zwykle tak, że przy rosnącej cenie skłonność do zakupów maleje. Firmy podniosły ceny, sprzedały mniej, ale nie zaobserwowały bardzo istotnej zmiany relacji między ceną a sprzedażą. Wzrost cen wynikał w dużej mierze z faktu, że znacząco podniosły się koszty produkcji, które ograniczyły podaż towarów (w bardziej rygorystycznym języku ekonomicznym należałoby powiedzieć, że krzywa popytu na większość dóbr się nie zmieniła, a krzywa podaży została przesunięta w lewo).

Innymi słowy, firmy nie zaobserwowały problemów związanych ze zmianą zachowania konsumenta. Nie stało się nic nieoczekiwanego, nie ma żadnego szoku po stronie sprzedażowej. Podwyżki cen nie spotykają się z jakąś nieoczekiwaną niechęcią do zakupów.

Taką interpretację danych wspiera fakt, że na razie inflacja bazowa nie zaczęła w Polsce maleć, mimo trwającego już od niemal pół roku głębokiego spadku konsumpcji. Inflacja spadnie wtedy, kiedy spadnie popyt, czyli wtedy, kiedy firmy zobaczą, że na podwyżki cen konsument reaguje inaczej do tej pory, lub kiedy poprawi się podaż, to znaczy wtedy, kiedy firmy będą w stanie dostarczyć więcej produktów po niezmienionych cenach.

Wniosek? Jeszcze nie weszliśmy w recesję popytu w gospodarce. Wszystkie obserwowane spadki sprzedaży czy produkcji są wiedzione wstrząsem podażowym, czyli ograniczeniem możliwości dostarczania dóbr po stabilnych cenach. Wciąż czekamy na moment, gdy firmy dostrzegą, że odbiorcy przestają akceptować proponowane ceny. To jest wciąż przed nami.