Stagflacja puka do drzwi. Ale Polska nie musi otwierać

Gabriel ChrostowskiGabriel Chrostowski
opublikowano: 2026-03-09 18:13

Ceny obligacji spadają, akcje tracą na wartości, a dolar konsekwentnie się umacnia. Rynki finansowe ewidentnie zaczęły dyskontować scenariusz stagflacji w gospodarce światowej, w tym również polskiej. Czy inwestorzy mają rację?

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- jak obecny szok surowcowy wpłynie na portfel przeciętnego Polaka i wzrost gospodarczy kraju

- czy połączenie niskiego wzrostu i wysokiej inflacji to realne zagrożenie dla polskiej gospodarki

- jakie czynniki sprawiają, że polska gospodarka może być bardziej odporna na obecne wstrząsy niż kiedyś

- czy obecny szok na rynkach surowcowych jest tak silny jak ten z 2022 roku i jakie są kluczowe różnice

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Zmienność, z jaką mamy do czynienia, jest obecnie bezprecedensowa. W ciągu zaledwie jednego dnia notowania ropy brent potrafiły spaść ze 115 poniżej bariery 100 USD za baryłkę. Tak duże wahania pokazują, jak kruche są obecne fundamenty wzrostu gospodarki i jak trudne staje się jakiekolwiek prognozowanie. W obliczu konfliktu na Bliskim Wschodzie nikt nie jest w stanie z pewnością przewidzieć, jak głęboki ślad odciśnie on na globalnym i krajowym PKB.

Wśród inwestorów panuje obawa, że obecny szok surowcowy wepchnie nas w objęcia stagflacji – bolesnej kombinacji niskiego wzrostu gospodarczego i wysokiej inflacji. Reakcja aktywów jest podręcznikowa: wyprzedaż akcji, wzrost rentowności długu i ucieczka do bezpiecznej przystani, jaką (nadal) pozostaje dolar. Najmocniej rykoszetem dostają rynki wschodzące, w tym Polska i Czechy, co dobrze ilustrują mocne wzrosty rentowności papierów skarbowych w naszej części regionu.

Dla Polski sytuacja jest o tyle trudna, że jesteśmy importerem netto surowców energetycznych. Każdy skok cen ropy czy gazu to klasyczny negatywny szok podażowy, który z jednej strony podnosi koszty życia i produkcji, z drugiej zaś hamuje wzrost gospodarczy. Przyjmując ostrożne założenia, obecna skala szoku – wzrost cen gazu o ponad 83 proc. i ropy o 61 proc. względem poziomów sprzed wybuchu wojny w Iranie – może obniżyć nasz realny PKB o ok. 1,3 proc. oraz podnieść poziom cen łącznie o ok. 3,8 proc. w horyzoncie do 2028 r. w porównaniu do scenariusza bez wojny na Bliskim Wschodzie.

Wzrost PKB w tym roku może zatem oscylować wokół 3 proc. zamiast pierwotnie zakładanych 4 proc., a inflacja CPI może przejściowo skoczyć w okolice 4,5-5 proc. To wciąż daleko od definicyjnej stagflacji, rozumianej jako stagnacja gospodarcza przy wysokiej dynamice cen. Nie jest to więc potężny szok – ale wystarczająco duży, by odczuł go przeciętny Kowalski.

Warto przy tym podkreślić, że to tylko jeden z wielu scenariuszy. Trudno dziś przesądzać, jak potoczy się wojna w Iranie, a tym samym sytuacja na rynkach surowcowych. Istnieje jednak kilka kluczowych czynników łagodzących, które pozwalają patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem.

Po pierwsze, inwestycje jako silnik wzrostu: duża część polskiego PKB będzie napędzana przez inwestycje – w tym środki z KPO – które są znacznie mniej wrażliwe na ceny surowców niż konsumpcja prywatna.

Po drugie, warto odwołać się do badań Oliviera Blancharda, z których wynika, że współczesne gospodarki są znacznie bardziej odporne na szoki naftowe niż kiedyś. Banki centralne cieszą się dziś większą wiarygodnością i skuteczniej zarządzają oczekiwaniami inflacyjnymi. Osłabła też rola związków zawodowych, co ogranicza efekty drugiej rundy – czyli przełożenie zmian cen energii na płace i ceny dóbr finalnych. W efekcie banki centralne nie muszą automatycznie podnosić stóp w odpowiedzi na szok surowcowy.

Po trzecie wreszcie, nasza gospodarka potrzebuje dziś fizycznie mniej ropy i gazu do wytworzenia tej samej jednostki PKB niż kiedyś, a mix energetyczny jest bardziej zdywersyfikowany niż nawet w 2022 r. – zarówno pod względem wytwarzania, jak i kierunków dostaw.

Oczywiście, gdyby szok przybrał skalę porównywalną z 2022 r., ryzyko stagflacji istotnie by wzrosło. Na razie jest jednak wyraźnie słabszy: na przełomie lat 2025–26 ceny gazu wzrosły o ok. 90 proc., podczas gdy na przełomie 2021–22 było to aż 1260 proc. Można się zatem spodziewać nieco niższego wzrostu i nieco wyższej inflacji – lecz nie jest to scenariusz, który miałby trwale zmienić trajektorię polskiej gospodarki. Dopóki eskalacja konfliktu pozostaje ograniczona, mamy do czynienia z szokiem dotkliwym, ale przejściowym. A to zasadnicza różnica.

Możesz zainteresować się również: