Stany Zjednoczone Pawła Miklera

Przedsiębiorca zabrał rodzinę w podróż namiotową po zachodniej części USA. Wyprawa okazała się nie tylko wielką przygodą, ale także duchowym przeżyciem i fantastycznym czasem rodzinnym. Przy okazji udało się też… popracować.

Paweł Mikler

Pod namiot. Stany Zjednoczone Pawła Miklera - przedsiębiorca zabrał rodzin,e w namiotową podróż po zachodniej części USA.
Wyświetl galerię [1/9]

Pod namiot. Stany Zjednoczone Pawła Miklera - przedsiębiorca zabrał rodzin,e w namiotową podróż po zachodniej części USA. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE PAWŁA MIKLERA

Przedsiębiorca specjalizujący się w ekspansji zagranicznej rozwiązań IT. Z branżą IT związany od 12 lat. Współpracuje na co dzień z gdańską spółką Scalac. Absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Pasjonat muzyki i podróżowania po świecie.

Pracuję w branży IT i większość moich klientów znajduje się w Stanach Zjednoczonych, głównie w Dolinie Krzemowej. Taka praca wiąże się z częstymi podróżami, a ja w końcu zakochałem się w Ameryce. Pomyślałem, że nie mogę jej trzymać tylko dla siebie, dlatego postanowiłem zabrać w niezwykłą podróż żonę i trzech synów, którzy mieli wtedy 2,5 roku, 7 i 9 lat. Dolina Krzemowa była tylko etapem. Przejechaliśmy cztery stany: Kalifornię, Nevadę, Utah i Arizonę. Liczby? 6 tys. mil na liczniku, kilkadziesiąt miast i 33 dni w drodze.

Nie baliśmy się tej wyprawy, bo zwiedziłem z rodziną już prawie całą Europę. Chciałem zabrać ich w podróż, podczas której łączyłbym obowiązki zawodowe, głównie spotkania z klientami, z czasem wakacyjnym dla rodziny. Początkowo planowaliśmy akomodację w hotelach, ale szybko się zorientowaliśmy, że zapewnienie noclegów przez ponad miesiąc dla pięcioosobowej rodziny nie jest łatwe, ani tanie. Postanowiliśmy więc skorzystać z amerykańskich pól kempingowych.

Wyruszyliśmy z ograniczonym bagażem. Moja żona dokładnie sprawdziła, czego będziemy potrzebowali na miejscu i złożyła zamówienie w Walmarcie. Odebraliśmy je po przylocie do Los Angeles i wypożyczeniu siedmioosobowego, typowo amerykańskiego SUV-a. Zaopatrzyliśmy się w namiot, materace do spania, kuchenkę gazową, butle i inne rzeczy potrzebne pod namiotami. Wcześniej nie mieszkałem na kempingu, więc było to dla mnie nowe i ciekawe doświadczenie. Warto dodać, że w USA wszystkie akcesoria kempingowe są dużo tańsze niż w Polsce, ponieważ Amerykanie uwielbiają tego typu rekreację.

Work-life balance. Po kilku dniach na polu namiotowym w Los Angeles udaliśmy się do Santa Cruz, czyli w rejon San Francisco i Palo Alto. Tam odebraliśmy pierwszą lekcję. Przyjechaliśmy na kemping około 10 wieczorem, a na naszym miejscu stał namiot rozbity przez młodych turystów z Korei. Twierdzili, że to ich miejsce, my — że zarezerwowaliśmy je wcześniej. Doszło do dyskusji, ale nie kłótni, choć byłem już zmęczony podróżą i cała sytuacja mnie zdenerwowała. Zbudziliśmy się nad ranem zziębnięci, bo w nocy jest tam kilkanaście stopni. Podeszli do nas Koreańczycy i przeprosili, bo rzeczywiście rozbili namiot w złym miejscu. Podarowali nam różne akcesoria namiotowe, ponieważ i tak mieli je zostawić przed powrotem do domu. Zrobiło mi się głupio, że dzień wcześniej tak się zdenerwowałem. Wszystko, co nam dali, akurat w tym miejscu było potrzebne. Nie przewidzieliśmy zakupu tych rzeczy. O tym, że są niezbędne, przekonaliśmy się dopiero na miejscu. Moi chłopcy doświadczyli po raz pierwszy, ale nie ostatni w czasie tej wyprawy, czegoś, co zostanie w ich pamięci chyba na całe życie — bezinteresownej pomocy i uśmiechu od obcych ludzi. Wystarczyło kilka tygodni życia w innym kontekście i zaczęli dzielić się tym samym, to znaczy myśleć o potrzebach innych.

Codziennie budziłem się wcześniej i przy kempingowym zmywaku rozkładałem komputer, żeby połączyć się z zespołem projektowym z Polski. Później z rodziną odkrywaliśmy okolicę i zażywaliśmy kąpieli w Pacyfiku. Popołudniami miałem najczęściej spotkania, a wieczorami — znowu telekonferencje. Życie na polu namiotowym to także okazja do spotykania nowych ludzi. To druga lekcja — pozory mylą i nigdy nie wiesz, kogo spotykasz. Obserwowała nas grupa kolarzy. Pewnego dnia podeszli i zapytali kim jestem, bo widzieli, że intensywnie pracuję, często znikam, później znowu spędzam czas z rodziną i cały czas mam ze sobą komputer. Okazało się, że to grupa byłych właścicieli firm technologicznych z Doliny Krzemowej, którzy byli pod wrażeniem tego, że można łączyć pobyt rodzinny na kempingu z pracą zawodową. Spotkaliśmy też starsze małżeństwo, które rozbiło namiot po sąsiedzku. Nawiązali świetną relację z naszymi dziećmi, ale przede wszystkim ostrzegli nas przed szalejącymi pożarami w Parku Narodowym Yosemite na długo przed oficjalnymi komunikatami. Dzięki temu mogliśmy zmodyfikować plan podróży i uniknąć wielu trudności.

Pole namiotowe w Santa Cruz było niesamowite. Za plecami mieliśmy las jakby z „Władcy Pierścieni”, po drugiej stronie — klif i ocean. Dla mnie była to baza wypadowa do Palo Alto, San Francisco, Mountain View. Na spotkania często zabierałem całą ferajnę, dzięki czemu miałem okazję do interesujących rozmów. Pamiętam, jak pewnego razu, w Palo Alto, czekali na parkingu w czasie mojego spotkania. W drodze powrotnej zapytali, z kim się spotkałem. Odpowiedziałem, że z ludźmi, którzy kiedyś pracowali ze Stevem Jobsem.

— To ten, który stworzył iPhone’a? — zapytał starszy syn.

Zdaję sobie sprawę, że Jobs to nie tylko kolorowa postać, więc puściłem chłopcom jego wykład wygłoszony na Uniwersytecie Stanforda w czasie, gdy był już chory. Mówił o najważniejszych prawdach swego życia. Dzień wcześniej mieliśmy okazję zwiedzić Stanford przy okazji jednego z moich spotkań. Takie podróżowanie daje naprawdę wiele, gdy można nie tylko usłyszeć o konkretnym miejscu, lecz jednocześnie być w nim, poznać historię wielkich ludzi i zobaczyć, gdzie działali. To gwarantuje niezapomniane wrażenia. Człowiek zaczyna inaczej patrzeć na rzeczywistość.

Ominęliśmy nocleg w przyczepie kempingowej w Yosemite, co było marzeniem mojej żony, ale w trakcie podróży potwierdziły się wcześniejsze informacje o pożarach. Pojechaliśmy więc prosto do Parku Narodowego Sekwoi, gdzie rosną drzewa giganty. Mają po 2,5 tys. lat i, co ciekawe, pożary działają na nie stymulująco. Przewodnik opowiedział nam, że im częściej pali się sekwoja, tym dla niej lepiej, gdyż wypuszcza nowe nasiona, szybciej się rozwija, rozrasta i staje się potężniejsza. Obumiera, gdy nie jest trawiona przez ogień. Dla mnie, wierzącego chrześcijanina, było to przeżycie duchowe, bo uświadomiłem sobie rolę doświadczeń w życiu człowieka. Długowieczność tych drzew uczy też dystansu do siebie, swojej historii, pozycji, znaczenia.

Niedźwiedzie i podróż bez klimatyzacji. Kolejnym punktem wyprawy było Lake Tahoe, czyli słynne jezioro w górach Sierra Nevada, na granicy Kalifornii i Nevady. To miejsce dzikie i piękne, które bardzo chciałem pokazać najbliższym. Kiedy przyjechaliśmy na kemping i rozbiliśmy namiot, podszedł do nas nieznany człowiek. Pełen podziwu powiedział, że jest pod wrażeniem odwagi, bo rozbiliśmy bazę obok kontenera na śmieci, więc musimy być zaprawionymi turystami. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Przekonaliśmy się wieczorem, gdy przychodziły niedźwiedzie i po prostu robiły w okolicy demolkę. Nie spałem przez pięć nocy z rzędu, obserwując nocne rozróby, strażników strzelających do tych zwierząt gumowymi kulami. Nigdy nie zapomnę ich ryku, smrodu i siły, z jaką niszczyły wszystko wokoło. Pomijając te przygody, dopiero podczas pobytu nad Lake Tahoe właściwie rozpoczął się mój odpoczynek.

Na przełomie lipca i sierpnia mieliśmy przejechać słynną Death Valley, czyli Dolinę Śmierci, najgorętsze miejsce na Ziemi. Bałem się tego ze względu na dzieci i żonę. Już o 10 rano jest tam około 49 stopni Celsjusza, więc wyruszyliśmy bardzo wcześnie. Zasada jest taka, że trzeba zabrać co najmniej galon wody na osobę, nie działają telefony, bo nie ma zasięgu i trzeba wyłączyć klimatyzację — jedzie się z otwartymi oknami. Włączenie klimatyzacji nawet na kilkanaście minut może spowodować trwałe przegrzanie samochodu, a nawet jego unieruchomienie. Zapamiętałem totalnie rozgrzaną maskę samochodu, przestrzeń wokół i absolutną ciszę. Przerażający, kosmiczny wręcz krajobraz i wydmy, które wykorzystano w filmie „Gwiezdne wojny”. Ciekawostką jest to, że głęboko pod Doliną Śmierci jest podziemne jezioro.

Jechaliśmy w kierunku Las Vegas. To było jedyne miejsce w czasie naszego ponadmiesięcznego pobytu w zachodnich Stanach, w którym skorzystaliśmy z „wypasionego” hotelu. Las Vegas ma stosunkowo tanią bazę noclegową, ponieważ chodzi głównie o przyciągnięcie ludzi do kasyn, żeby tam wydali pieniądze. Pokazaliśmy synom Las Vegas prawdziwe, bez ukrywania czegokolwiek. Rozmawialiśmy o tym, co jest dobre, a co złe. Co bezpieczne, a co niesie zagrożenie. Zresztą staramy się zawsze wykorzystywać podróże, żeby uczyć ich odwagi, odpowiedzialności, samodzielnego myślenia i dyscypliny.

Kolejny przystanek to stan Utah, który pełen jest pięknych miejsc. Byliśmy już jednak od kilku tygodni w podróży i po takim czasie człowiek zaczyna się przyzwyczajać do niezwykłości. Utah ma niesamowicie zróżnicowane parki narodowe. Zachwyciło mnie Monument Valley na terenie rezerwatu Indian Navaho. Dolinę tworzą charakterystyczne czerwone formy, pomniki skalne znane z wielu filmów, w tym z „Forresta Gumpa”. Utah i Arizona dały nam namiastkę tego, jak żyją Indianie. Ich bieda kontrastuje z bogactwem Kalifornii.

Jozue i Bono. Arizona to oczywiście Wielki Kanion, choć moim zdaniem każdy, kto znajduje się w tym rejonie, po prostu musi zobaczyć Kanion Antylopy. To kanion szczelinowy, który pozornie wygląda jak wyrwa w ziemi, ale gdy się wejdzie do środka, zobaczy się kanion oświetlany promieniami słońca, otoczony jakby rzeźbami stworzonymi przez wiatr i wodę. Przypominają postacie ludzi i zwierząt. Można spacerować przez kilka mil. Absolutnie nieprawdopodobne doznania.

Nasza podróż skończyła się na lotnisku w Los Angeles, ale po drodze był jeszcze jeden ważny element — Park Narodowy Joshua Tree w południowej Kalifornii. Włączyliśmy sobie w samochodzie płytę U2 „Joshua Tree”. Bono po przyjeździe do USA udał się na wycieczkę właśnie w to miejsce i zachwycił się tymi drzewami. Przewodnik wyjaśnił, że rośliny nazywane są „drzewami Jozuego”, ponieważ przypominają biblijną postać proroka wznoszącego ręce do góry w celu przebłagania Boga za grzechy ludu. Bono przeżywał wtedy trudny okres separacji z żoną, która powiedziała, że ma wybrać — albo ona i rodzina, albo trasa, koncerty i wielki świat. Nie potrafił dokonać takiego wyboru. Dowiedział się, że drzewa parku Joshua Tree żyją w symbiozie z pewnym owadem, który istnieje tylko dzięki temu, że roślina wydaje konkretny enzym. Dla Bono był to symbol jego rozdarcia. Napisał utwór, który wielu wydaje się romantyczny, ale w gruncie rzeczy jest tragicznym wyznaniem rozdarcia. Kocham muzykę od dziecka, koncertuję, kolekcjonuję muzyczne albumy, więc dla mnie był to szczególnie wzruszający moment.

Wolność lepsza od kontroli. Kalifornia jest skrajnie liberalnym stanem, szczególnie w porównaniu ze wschodnim wybrzeżem USA, albo ich centralną częścią. Naszą refleksją po tej podróży jest to, że lepiej jest żyć w wolności, która bywa niekomfortowa, niż w wygodnym więzieniu przyzwyczajeń. Chciałbym, żeby moi synowie nie bali się popełniać błędów, żeby nigdy nie stali się niewolnikami narzuconych schematów, reguł i skojarzeń. Piękno życia polega na tym, że człowiek ma możliwość dokonywania wyborów. W Europie kochamy mieć kontrolę, USA są zwolennikami swobody działania. Amerykańska kultura mówi: „Paweł, to jest dobre, a to złe, ale ty wybierz, co chcesz”. Dla mnie to kwintesencja chrześcijaństwa. Kultura szacunku dla wyboru — niezależnie, jaki on jest. Szalenie mi się to podoba.

Ameryka imponuje mi też mobilnością. Ludzie są gotowi spakować wszystko i zmienić miejsce zamieszkania, zacząć tworzyć życie na nowo. My jesteśmy przyzwyczajeni do miejsc, swoich nieruchomości, tzw. czegoś stałego. Amerykanie akceptują ciągłe zmiany. Zdają sobie sprawę z tego, że w jednym momencie można wszystko stracić, albo ze wszystkiego zrezygnować na własne życzenie. Sprzedają więc dom, kupują np. motocykl i jadą. Nie martwią się, co będzie później, bo później będą już innymi ludźmi. W czasie tej wyprawy nie było przypadkowych rozmów, spotkań, podarunków, śniadań czy relacji. Mieliśmy z żoną momenty, w których staliśmy w miejscu i płakaliśmy ze wzruszenia, obezwładnieni cudem stworzenia — przyrodą, roślinami, zwierzętami, ludźmi. Dla mnie to dowód na istnienie Boga. Nawet gdybym nie był wierzący, to bym się zastanawiał, co jest źródłem takich duchowych doznań.

Wysłuchał Łukasz Ostruszka

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Ostruszka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

USA