Stara Wielka Pętla

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-07-18 00:00

Tour de France przez 105 lat był widownią wielu sukcesów, afer i dramatów. Zawsze okazywał się morderczy.

Tour de France przez 105 lat był widownią wielu sukcesów, afer i dramatów. Zawsze okazywał się morderczy.

Gdy 19 lipca 1903 r. Maurice Garin wygrywał ostatni, szósty etap Tour de France z Nantes do Paryża, a wraz z nim cały wyścig, wydawało się, że skończyła się jedna z wielu imprez. Nic bardziej błędnego — dopiero się zaczynała.

Pomysł na promocję

Przyciągająca dziś uwagę światowych mediów impreza została wymyślona jako sposób na promocję gazety. Henri Desgrange, który kilka lat wcześniej założył gazetę „L’Auto” (protoplasta dzisiejszego „L’Equipe”) zauważył, że konkurencyjne dzienniki organizują wyścigi kolarskie (np. „Le Petit Journal” Paryż — Brest). Ponieważ był entuzjastą tego sportu, pomyślał, czemu by nie spróbować. Na początku lipca na starcie w Paryżu stanęło 60 zawodników. Mieli do przejechania ponad 2,4 tys. km, ale podzielonych ledwie na sześć etapów. Każdy miał więc około 400 km. W tej sytuacji średnią prędkość wyścigu — 25 km/godz. można uznać za imponującą. Podobnie jak wynik zwycięzcy. Gavin uzyskał 2 godz. i 49 min przewagi nad drugim w klasyfikacji kolarzem. Rekord nie pobity do dziś.

Na następne Tour de France stawiło się 88 kolarzy. Pomysł chwycił, co było zresztą widać po wynikach gazety, którą miała impreza promować. O ile w 1902 r. „L’Auto” sprzedawało się w 25 tys. egz., to pod koniec 1903 r., już po wyścigu, nakład osiągnął 65 tys. egz. Z każdym kolejnym wyścigiem wzrastał. Pięć lat później „L’Auto” miało ćwierć miliona czytelników. Od 1919 r. liderzy wyścigu jeżdżą w żółtych koszulkach. Nieprzypadkowo. „L’Auto” było wydawane na żółtym papierze.

Trudne początki

Z dzisiejszej perspektywy zasady panujące na pierwszych Tour de France wyglądają nieco egzotycznie. Dopiero w 1937 r. kierownictwo wyścigu zezwoliło kolarzom na używanie przerzutek. Wcześniej musieli zsiadać z roweru i ręcznie przekładać łańcuch na odpowiednie przełożenie. Henri Descrange, który był dyrektorem wyścigu do 1939 r., zdecydowanie sprzeciwiał się udziałowi ekip technicznych. Wszelkie usterki rowerów kolarze musieli usuwać sami. Za skorzystanie z pomocy kowala, który mógł zespawać np. pękniętą ramę, groziły karne minuty.

Trudno sobie dziś wyobrazić Tour de France bez wszechobecnych kamer i telewizji. A jednak dopiero w 1952 r. pierwszy raz filmowano peleton z motocykla w trakcie jazdy. Nawet wówczas nie było mowy o bezpośredniej transmisji. Pod koniec dnia taśmę filmową przesyłano do Paryża, by po obróbce wyemitować ją następnego dnia.

Bohaterowie i przegrani

Jak każda wielka impreza sportowa, Wielka Pętla (bo tak jest Tour de France potocznie nazywany) miała wielkich bohaterów. Numer jeden to oczywiście Lance Armstrong (na zdjęciu u góry), który po wygranej walce z rakiem zdołał siedmiokrotnie triumfować w największej imprezie kolarskiej świata. Zdetronizował w ten sposób króla roweru przełomu lat 60. i 70. Belga Eddy’ego Merckksa. Ze względu na swój apetyt na wygraną nazywany był „Kanibalem”. Przyznajmy, często swój apetyt zaspokajał. W sumie wygrał 34 etapy.

Polacy kilkakrotnie startowali w Wielkiej Pętli, ale bez większych sukcesów. Niewątpliwe najwięcej radości dostarczył nam przed 15 laty Zenon Jaskuła, który zakończył wyścig na 3. miejscu.

Były również dramaty — często związane z dopingiem. W 1998 r., który stał się czarnym rokiem wyścigu, do akcji wkroczyła policja. Aresztowała lekarza ekipy Festina pod zarzutem aplikowania kolarzom środków dopingowych. Kolejne zatrzymania i rewizje potwierdziły, że doping (i to nie ten kibiców) to na Tour de France nie wyjątek, lecz reguła. Oskarżenia o doping nie ominęły zresztą ani Armstronga, ani Merckksa. Złapanym na dopingu kolarzom grozi dyskwalifikacja, ale nie tylko. W 1967 r. podczas podjazdu na Mount Ventoux zmarł Anglik Tom Simpson. Przedawkował amfetaminę, zwiększającą wydolność organizmu. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Wsadźcie mnie z powrotem na rower”. Dziennikarze określili potem, może nieco brutalnie, że „zajechał się na śmierć”