Staram się unikać dmuchania balonów

Dobrzy specjaliści zawsze są mile widziani, ale myślę, że oni znają nasz adres. Nie mogę jednak powiedzieć, że planujemy zwiększenie zatrudnienia. Znowu bym coś zdradził — mówi Tomasz Bagiński, dyrektor kreatywny Platige Image. „Pulsowi Biznesu” opowiada o doświadczeniach zebranych podczas kręcenia „Wiedźmina” dla Netfliksa i planach na najbliższy rok

Łukasz Ostruszka: Którą scenę z serialu lubi pan najbardziej?

Tomasz Bagiński — pochodzący z Białegostoku rysownik, animator i reżyser. W 2002 r. nominowany do Oscara za krótkometrażowy film animowany „Katedra”. Obecnie dyrektor kreatywny warszawskiego studia Platige Image, który wykonywał część efektów wizualnych do serialu „Wiedźmin” wyprodukowanego przez serwis Netflix.
Fot. ARC

Tomasz Bagiński: Byłem na planie niemal codziennie od listopada 2018 r. do maja 2019 r., więc lubię wiele scen i w jakiś sposób otwierają mi one w głowie wspomnienia. Bardzo dobrze wspominam kręcenie scen ze Strzygą. Nie jestem jednak w stanie wybrać z ośmiu godzin serialu kilku fragmentów, które lubię najbardziej. To tak nie działa, bo jestem za blisko niego. Nie wierzę zresztą w mierzenie „fajności”. Unikam też porównań z innymi serialami czy filmami. Tak nie działa mój mózg.

Czy w scenę ze Strzygą pana studio włożyło najwięcej pracy?

— Musiałbym o to spytać ludzi w firmie, bo nie byłem aż tak blisko, jeśli chodzi o kwestie czysto produkcyjne. Platige zrobił dużą część efektów do serialu, ale poza naszą firmą zaangażowane były jeszcze cztery inne: One of Us, Cinesite, Framestore i Nviz, więc sceny były rozrzucone między różne studia. Mogę powiedzieć, że w Platige było robione bardzo dużo magii.

Współpraca z Netfliksem to chyba duży skok w rozwoju studia? Kolejny etap, po którym wszystko pójdzie mocno do przodu?

— Zdecydowanie jest to skok. Jedną kwestią jest jakość, i to jest działka, w której od wielu lat pokazywaliśmy, na co nas stać. Mamy doświadczenie, świetnych ludzi, szerokie portfolio i uznaną markę. Drugą kwestią jest organizacja produkcji, postprodukcji, raportowanie całego procesu, cały niewidoczny, ale bardzo rozbudowany mechanizm stosowany w przypadku produkcji z dużą liczbą efektów wizualnych. To taki silnik produkcyjny, który jest bardzo ważny w przypadku konieczności przygotowania setek czy tysięcy scen z efektami, gdy jest na to zaledwie kilka miesięcy. W tym zakresie nabyliśmy potężne know-how. Wejście w taki system jest niemożliwe dla małego studia, które wchodzi na rynek. Platige musiał przejść kilka audytów, które potwierdziły, że będziemy w stanie sobie z tym wszystkim poradzić. Cieszę się, że przeszliśmy ten etap, bo to był taki szklany sufit, od którego wiele firm się odbija. Nie jesteśmy już małą manufakturą, gdzie kilkoro utalentowanych grafików sobie coś składa. Na tym poziomie wszystko musi być ustrukturyzowane i uporządkowane.

Jak udało się zdobyć kontrakt na „Wiedźmina”?

— Nie mogę oczywiście ujawniać szczegółów całego procesu. Dogadaliśmy się z Andrzejem Sapkowskim, który posiada prawa do marki. Przekonaliśmy go, że można nam zaufać jako partnerowi. Później przyszły lata pukania od drzwi do drzwi. Szukaliśmy kogoś chętnego do zrealizowania pomysłu. Taki proces trwa z reguły kilka lat i polega na tym, że przygotowujesię kolejne wersje projektu, coraz bardziej atrakcyjne dla potencjalnych kupców. W przypadku „Wiedźmina” pochłonęło to naprawdę sporo lat. Od pierwszych rozmów z Andrzejem do zrealizowania serialu minęło prawie 10 lat, a z Netfliksem spotkaliśmy się na pierwszych rozmowach dwa lata temu. Na początku miał to być film. Nie wystarczy przyjść z ciekawą marką. Najważniejsza jest opowieść i ludzie, których się wokół pomysłu zbierze. Silnych marek na rynku jest wbrew pozorom sporo.

Co było później? Na czym polegała pana codzienna praca jako producenta kreatywnego?

— To jest rzeczywiście trudne do jednozdaniowego opisu. Rola jest specyficzna, bo bez producentów kreatywnych nic się w serialu nie zadzieje, ale właściwie do końca nie wiadomo, co oni robią. Bywają takie dni, kiedy przez 90 proc. czasu tylko patrzę na ekran i sprawdzam, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Właściwie dopóki nic złego się nie dzieje, to producent kreatywny nie ma zbyt wiele roboty. Cała machina się toczy — reżyserzy robią swoje, pozostałe ekipy również. Zawsze jest jednak te 10 proc. czasu, gdy okazuje się, że reżyser albo historia zaczyna odjeżdżać od głównej koncepcji, czyli wizji tego, czym ma być serial. Dyskutujemy do znudzenia nad tym, jak ma wyglądać dana scena, i trzeba podjąć decyzję. Na poziomie strategicznym to producenci decydują o wszystkim i zajmują się wszystkim. W filmie pełnometrażowym to reżyser nad wszystkim czuwa, natomiast w serialach spoczywa to na barkach producentów. Innymi słowy — Lauren Schmidt Hissrich jako showrunner serialu była generałem, a ja jakimś pułkownikiem czy kimś takim.

Pierwszy sezon został przyjęty bardzo dobrze. Zaplanowany jest drugi, ale czy będą kolejne?

— O takie rzeczy trzeba pytać na korytarzach Netfliksa. Na razie pracujemy nad drugim sezonem. To jest oficjalna, podana publicznie informacja.

Jakie możliwości dalszego rozwoju ma Platige Image?

— Mamy ciekawe plany na najbliższy rok. Jest spora szansa na zrobienie bardzo dużego filmu fabularnego, którego tytułu nie chcę jeszcze wymieniać, bo dopiero prowadzimy rozmowy na ten temat. Wydaje mi się jednak, że będziemy to robić pod koniec roku. To naprawdę wielka, światowa produkcja. Obecnie pracujemy nad drugim sezonem „Wiedźmina”. Rozmawiamy z inwestorami na temat produkcji animowanej i też wszystko idzie w dobrym kierunku. Chcemy uniknąć sytuacji, w której sami finansujemy produkcję. Jesteśmy zbyt dojrzali, żeby pakować się w takie rzeczy.

Brzmi bardzo tajemniczo.

— Wiem, ale staram się unikać dmuchania balonów, nim wszystko nie zostanie ostatecznie potwierdzone i będziemy mieli to w garści.

Rozumiem, że „Wiedźmin” otwiera kolejne drzwi.

— Oczywiście, że otwiera. Przejście wszystkich „niewidzialnych etapów”, audytów produkcyjnych i postprodukcyjnych to dowód na to, że potrafimy w Polsce robić coś na światowym poziomie. Dokonaliśmy jako kraj skoku rozwojowego, ale w świadomości wielu ludzi z branży ciągle jesteśmy jakimś zacofanym wschodnim krajem. Przyjeżdżają do Warszawy i nagle widzą, że Warszawa wygląda jak Berlin. Ciągle jeszcze walczymy jednak ze stereotypami. Zawsze jestem dobrej myśli i sądzę, że będziemy robić fajne rzeczy.

Nadal robicie zlecenia z branży gier i reklamy?

— Z branżą gier współpracujemy w szerokim zakresie, z reklamową już trochę mniej, ale w obu przypadkach jesteśmy na stabilnym terenie i po prostu kontynuujemy rozwój.

Ile osób macie na pokładzie?

— Dokładnie nie powiem, bo w ostatnim roku byłem na planie. Myślę, że około 200-250.

Ale dobrzy specjaliści nadal mogą wysyłać CV?

— Dobrzy specjaliści zawsze są mile widziani, ale myślę, że oni znają nas adres. Nie mogę jednak powiedzieć, że planujemy zwiększenie zatrudnienia. Znowu bym coś zdradził.

Czyli jest coś na rzeczy…

Być może…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Polecane