Starcie polityczne i instytucjonalne

opublikowano: 14-07-2019, 22:00

W całej historii Parlamentu Europejskiego (PE), wybieranego bezpośrednio od 1979 r., nie było głosowania personalnego wywołującego aż tyle napięcia, co decyzja w sprawie wybrania/odrzucenia Ursuli von der Leyen na przewodniczącą Komisji Europejskiej (KE).

Od poniedziałkowego wieczoru kompleks PE w Strasburgu stanie się rozgorączkowanym ulem, z wieloma odmiennie brzęczącymi rojami. Nietypowa będzie już sama procedura. Świętość sesji w Strasburgu to blok głosowań codziennie w godzinach 12-14. We wtorek 16 lipca będzie inaczej — po porannej prezentacji kandydatki i debacie tajne głosowanie odbędzie się dopiero o godz. 18, przed nim jeszcze zbiorą się grupy polityczne. Uwzględniając czas liczenia głosów, wyniku można spodziewać się po godz. 19.30. Drugiej tury nie będzie — wóz albo przewóz.

Jean-Claude Juncker z siedzibą Komisji Europejskiej się pożegna, ale czy to właśnie Ursula von der Leyen powita…
Zobacz więcej

Jean-Claude Juncker z siedzibą Komisji Europejskiej się pożegna, ale czy to właśnie Ursula von der Leyen powita…

Jako ciekawostkę przypomnę wybór przewodniczącego KE pięć lat temu. Unijny weteran Jean-Claude Juncker był pewniakiem, zgłoszonym w systemie Spitzenkandidat, czyli tzw. kandydatów wiodących, przez dominującą Europejską Partię Ludową (EPL). Głosowanie 15 lipca 2014 r. odbyło się zwyczajnie w bloku południowym. Nadróbkę ponad wymagany próg 376 głosów (to co najmniej połowa traktatowej liczebności PE) Jean-Claude Juncker uzyskał wyraźną, ale nie imponującą. Wygrał 422:250, przy 47 głosach wstrzymujących się, 10 nieważnych oraz 22 europosłach nieobecnych. Ursula von der Leyen we wtorek znalazłaby się w raju z wynikiem 376.

Dwie doby przed głosowaniem mogła liczyć na pewno jedynie na 182 głosy jej chadeckiej grupy EPL. Reszta zaś niczym w tragedii Williama Szekspira — jest milczeniem. Dwa źródła wstrzemięźliwości lub sprzeciwu innych frakcji przytoczone zostały w tytule. Pierwszy raz od wejścia w życie traktatu z Lizbony PE tak ściera się instytucjonalnie z Radą Europejską (RE), czyli szczytem prezydentów/premierów. Mają oni wyłączne prawo wyłonienia kandydata na przewodniczącego KE, ale w ocenie wielu europosłów RE na dramatycznym szczycie sprzeniewierzyła się systemowi kandydatów wiodących. Zamiast Manfreda Webera kandydatką stała się wyjęta (przez Angelę Merkel) niczym króliczka z kapelusza Ursula von der Leyen. Tragikomiczny paradoks sytuacji polega na tym, że podmianę popiera sama EPL — Weber na otarcie łez zostanie na drugą 2,5-letnią połówkę kadencji przewodniczącym PE — natomiast ostro protestują inni, najgłośniej socjaliści.

Powodów politycznych i programowych jest zaś cała masa. Oczekiwania partyjnych grup od przyszłej przewodniczącej KE bardzo często są wzajemnie sprzeczne. Oto przykład — socjaliści i odnowicielscy liberałowie wymagają priorytetowego traktowania praworządności, czyli uderzenia w rządy PiS w Polsce i Fideszu na Węgrzech, tymczasem europosłowie obu tych partii stawiają na umocnienie przez KE polityki spójności. Liberalna grupa Odnówmy Europę żąda, by dwoje wiceprzewodniczących KE (oboje to kandydaci wiodący), czyli Frans Timmermans z socjalistów oraz Margrethe Vestager z liberałów, otrzymało identyczny status pierwszych zastępców Ursuli von der Leyen i od jej jednoznacznej deklaracji uzależnia głosowanie. Zaprawdę, jeśli we wtorek wieczorem unijnej wspólnocie spadnie głaz z serca, będzie to graniczyło z cudem…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu