Stoczniowcy wymierzają kreatywną sprawiedliwość

Jacek Zalewski
opublikowano: 2002-08-08 00:00

Stocznia Szczecińska nie daje mediom o sobie zapomnieć. Informacja o tym, że dzisiaj i jutro Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych wypłaci załodze majowe pensje (pomniejszone o zaliczki i składki), raczej nie należy do elektryzujących. Za to wczorajszy akt solidarności ze szwaczkami Zakładów Przemysłu Odzieżowego Odra, wyrażający się użyciem przez stoczniowców środków przymusu bezpośredniego wobec prezesa wymienionej firmy — jak najbardziej.

Tysięczny pochód idący przez Szczecin rytmicznie skandował „Już–idziemy–po–złodzieja!”. Trudno oczekiwać, aby menedżer Henryk Waluś otrzymał inną ocenę społeczną, skoro firma cały czas produkuje, ale szwaczki już od marca nie dostają pieniędzy. A zatem pierwotnym naruszeniem prawa w Odrze, pociągającym za sobą wszystkie inne następstwa, bezdyskusyjnie pozostaje złamanie kodeksu pracy. W mniemaniu stoczniowców, poniewierając prezesem Walusiem jedynie wymierzali mu kreatywną sprawiedliwość. Podbudową psychologiczną takiego rozumowania była na pewno sytuacja byłego kierownictwa ich firmy, które jak wiadomo siedzi.

Jeszcze niedawno bezrobotni czy zwalniani z pracy mogli chociaż pomarzyć, czytając listę najbogatszych tygodnika „Wprost” — ech, pracować u takiego biznesmena, na pewno płaci w terminie... Wybierzmy losowo jeden przykład — Krzysztof Niezgoda, sklasyfikowany na 18 miejscu, wyceniony na 600 mln złotych i zatrudniający w fabryce dywanów 450 osób. Ale co to?! Wczorajsze gazety doniosły, że niejakiemu Krzysztofowi N. udowodniono przed sądem wyłudzenie kwoty 3,4 mln (dawniej 34 mld) złotych i że za ten przekręt — o skali wręcz niewyobrażalnej dla szeregowego stoczniowca — został on skazany (w pierwszej instancji) na dwa lata więzienia oraz na grzywnę... 25 tys. złotych.

Fakty te są odległe od Szczecina tylko pozornie, ponieważ wczorajsze zajście — o charakterze niewątpliwie chuligańskim — musi być postrzegane w szerokim kontekście społecznym. Zresztą charakterystyczne, że postępowanie stoczniowców spotkało się ze zrozumieniem miejscowej policji, która ubezpieczała przemarsz przez miasto, natomiast nie zapobiegła rękoczynom w Odrze. Zachowała się zgodnie z doktryną ministra Krzysztofa Janika, sformułowaną niedawno przy okazji rolniczych blokad na drogach — że w przypadku w miarę spokojnych naruszeń prawa aktywne działanie sił porządkowych nie jest konieczne. Dopiero po fakcie okazuje się, że „pociągnięci za konsekwencje” mają zostać zarówno szarpiący szefa ZPO, jak i bierni policjanci.

Wczoraj prezes Waluś spontanicznie złożył ustnie rezygnację ze stanowiska na ręce wyciągającej go z gabinetu klasy robotniczej. Bezdyskusyjne pozostaje, iż menedżer o takich kwalifikacjach powinien rozważyć podjęcie tej decyzji już wiele miesięcy, albo i wiele lat temu.