Stopa zwrotu albo śmierć

Inwestor wierny hasłom rewolucji wie, że to sztuka kubańskich modernistów uchroni jego portfel przed złowrogą bessą — piętnem kapitalizmu

Kolekcjonerzy Zachodu przejrzeli tej wiosny na oczy i dostrzegli ogromny inwestycyjny potencjał w twórczości nieskalanej duchem imperializmu. Takie wrażenie nasuwa się prawdopodobnie jako pierwsze, kiedy pojawia się wiadomość o istotnie rosnącym popycie na kubańską sztukę współczesną. Pod wieloma względami jest nietrafne: wyszkoleni w Hawanie artyści odkryci zostali przez zachodnich krytyków już w latach 40., a ich twórczość wcale nie roi się od czerwonych gwiazd ani nie krzyczy „na zawsze z tobą, comandante”. W związku z tym, że prace najwyżej cenionych przedstawicieli wycenia się już w setkach tysięcy dolarów, łatwo się domyślić, że trend nie otarł się na razie o rynek w Polsce. Jak jednak w każdym nurcie, nie wszystkie dzieła muszą być aż tak kosztowne, a tym kubańskim warto przyjrzeć się jeszcze z dwóch powodów: niektóre pokazują, jak sytuacja polityczna wpływa na międzynarodowy rynek sztuki, inne — że świeżo odkryty talent mógł skończyć niedawno 101 lat.

Znajdź Picassa

Ameryka Łacińska pozostaje w pewnym sensie w cieniu Afryki, mimo że meksykańską malarkę Fridę Kahlo rozpoznaje się raczej powszechnie — chociażby kojarząc z filmu jej grube, zbiegające się w jedną linię brwi. Wszystkie popularne źródła, od „The Economist” po portale poświęcone wyłącznie rynkowi sztuki, znacznie więcej uwagi poświęcają wyrazistej, a czasem nawet agresywnej sztuce artystów z Afryki. Dlaczego więc eksperci domów aukcyjnych napomykają cokolwiek o Kubie? Może z uwagi na fakt, że na tej właśnie egzotyce — przy spełnieniu kilku istotnych warunków — da się jeszcze zarobić. Kowalski z wielu względów nie należy do grupy wykazującej na te dzieła najbardziej ożywiony popyt, ale warto, żeby spróbował na przykład odgadnąć, czy patrzy na cenne płótno Picassa, czy wyceniany o wiele przystępniej obraz nieznanego mu Wifreda Lama. Wystawiona na majową aukcję kompozycja (na zdj.) nie ma tytułu, a jej estymacja dochodzi do 80 tys. USD (302 tys. zł), z czego da się od razu wywnioskować, że nie podpisał jej Picasso. Zrobił to jego przyjaciel, Lam, którego zalicza się do najwybitniejszych artystów XX wieku, a jednocześnie do czołowych przedstawicieli sztuki wplatającej w europejską nowoczesność kulturę afrokubańską. W jego obrazach brakuje czasem granic między ludźmi, dzikimi demonicznymi postaciami, zwierzętami i tropikalnymi roślinami — chociaż w dorobku są też kompozycje, które rzeczywiście trudno odróżnić od kanciastych i rozkawałkowanych martwych natur Picassa. Skoro jednak Wifredo Lam zdecydowanie dłużej tworzył w Europie niż na Karaibach, pojawia się pytanie, dlaczego Christie’s chwali się tak obecnością na aukcji prac geniusza z Kuby? Takiej klasyfikacji może dokonywać sam artysta, ale często przesądza o tym środowisko, które dostrzegło w obrazach nie tylko picassowskie maski, ale również echa obrzędów niezrozumiałej kultury, niepokój dziwnych, obcych ceremonii. Hemingway odebrał przecież Nagrodę Nobla jako pisarz amerykański, a „Stary człowiek i morze” to książka w całości napisana na Kubie — gdzie wciąż stoją jego meble, a nagrobki kotów prawdopodobnie długo nie zarosną.

Stary człowiek a może

Podobne rozważania dotyczą przyporządkowania do konkretnej narodowości geometrycznych abstrakcji Carmen Herrery, której czarno-białe pasy powstałe w Paryżu wyceniono na 350-450 tys. USD (1,1-1,7 mln zł). Mając na uwadze fakt, że w maju malarka będzie obchodziła 102. urodziny, a według ekspertów Christie’s pierwsza sprzedaż jej pracy przypadła na 2004 r., inwestor ma do czynienia z niezwykłym przykłademrynkowego procesu. Głośne wystawy kubańskich artystów w najbardziej prestiżowych światowych muzeach odbywały się już w latach 40., ale na słynnych ścianach zawisły wtedy dzieła Kubańczyków, nie Kubanek. Carmen Herrera została na rynku odkryta w bardzo późnym wieku, co potwierdza regułę, że dorobek młody dla kolekcjonerów może być autorstwa osoby pamiętającej obie światowe wojny. Zwykle takie nagłe zwroty dotyczą twórców, którzy część życia spędzili poza krajem pochodzenia, na przykład w tak czołowym ośrodku, za jaki uchodził w XX wieku Paryż. W przypadku twórczości Carmen Herrery nie bez znaczenia pozostaje też kontekst polityczny — mimo że galerie w Miami i tak znacząco wpierają artystów kubańskich, nawet drobne polepszenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi wpływa na świadomość tamtejszych kolekcjonerów. Organizowane są coraz częstsze wystawy, pojawiają się aukcyjne rekordy, a te o wiele szybciej trafiają do mediów niż rozprawy o demonicznych wątkach afrokubańskiej kultury. Nie wiadomo, czy za niedługo oprócz zrośniętych brwi Fridy Kahlo nie będziemy jeszcze kojarzyć długowiecznej Carmen Herrery, zwłaszcza że obrazy tej pierwszej są w obiegu prawie niedostępne. Na majowej aukcji, owszem, wystawiony zostanie portret Meksykanki, ale wyceniony na ułamek przypisywanej jej wartości. Autorem jest inny malarz, a Kahlo pozowała mu w 1938 r., czyli kiedy wciąż miała prawą nogę, chociaż już straciła palce stopy. Na obrazie siedzi w długiej spódnicy, niczego więc nie widać, zresztą sama malarka i tak pytała, po co jej stopy, skoro ma skrzydła — dając kolekcjonerom rzadką okazję do takich przemyśleń bez skojarzeń z Paulo Coelho. Też z Ameryki Południowej, a jak daleko.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Stopa zwrotu albo śmierć