STRAJKI NIE SĄ JEDYNYM KŁOPOTEM SZPITALI

Małgorzata Zgutka
opublikowano: 1999-01-26 00:00

STRAJKI NIE SĄ JEDYNYM KŁOPOTEM SZPITALI

Służba zdrowia nie potrafi odnaleźć się w rynkowej rzeczywistości

KOSZTY NIEZNANE: Dokładnie nie wiemy, ile kosztują nas poszczególne procedury medyczne. Musimy stworzyć cennik oparty na rzeczywistych kosztach szpitala. Potrwa to wiele tygodni— twierdzi Tadeusz Grubecki dyrektor administracyjno-ekonomiczny Szpitala Bielańskiego w Warszawie. fot. Grzegorz Kawecki

W tym miesiącu nawet najlepsi menedżerowie nie pomogą osiągnąć szpitalom dodatniego wyniku finansowego. Strajk anestezjologów pozbawił je sporych pieniędzy. Odpłynęły wraz z pacjentami, masowo odesyłanymi do domu. Nawet gdy sytuacja wróci do normy, szpitalom działającym od niedawna na zasadach rynkowych, najbardziej będzie się opłacało leczenie prostych przypadków, a unikanie bardziej skomplikowanych.

Puste sale operacyjne. W wielu szpitalach łóżka obłożone tylko w połowie. Tak wygląda pierwszy miesiąc reformy służby zdrowia. Szpitale, które teraz, by przetrwać same muszą zarabiać na swoje utrzymanie, pracują na pół gwizdka. Ich dyrektorzy na strajk anestezjologów nie mają żadnego wpływu. Tymczasem to oni będą musieli rozliczyć się przed kasą chorych.

— Nie wykorzystujemy potencjału szpitala. Nie zarabia on na siebie. Po podliczeniu naszej działalności pod koniec stycznia na luty dostaniemy niewiele pieniędzy. Będzie to pierwszy krok do bankructwa — wyjaśnia Jarosław Rosłon, dyrektor ds. lecznictwa szpitala kardiologicznego w Aninie.

Proste reguły

Szpitale negocjowały z kasami chorych wielkość funduszy potrzebnych na ich utrzymanie. Większość jednostek otrzymała mniej niż żądała. Uzyskane kwoty zostały podzielone na 12 rat wypłacanych co miesiąc. Pod koniec każdego miesiąca szpitale muszą rozliczyć się z tych pieniędzy. Podlaska kasa chorych, należącym do niej jednostkom, na początku stycznia dała 70 proc. przeznaczonej na ten miesiąc kwoty. Resztę miały dostać na początku lutego.

— Pod koniec stycznia szpitale będą musiały pokazać nam kwity. Jeżeli okaże się, że w tym miesiącu wynegocjowały pieniądze na 100 pacjentów, a przyjęły tylko 20, to za pozostałych 80 nie dostaną ani grosza — wyjaśnia Bolesław Połocki z Podlaskiej kasy chorych.

Mogło być dobrze

W Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi wykonywano ponad 700 zabiegów miesięcznie. Teraz ich liczba spadła do kilku dziennie.

— Po dwóch tygodniach trudno określić straty. Funkcjonujący normalnie szpital zarabia pieniądze. Z drugiej jednak strony koszt jego działalności jest spory. Teraz gdy wszystko stanęło, i wydatki spadły znacznie. Pozostały jednak stałe koszty utrzymania szpitala. Nie wiem, ile tracimy, ale zdaję sobie sprawę z tego, ile moglibyśmy zyskać normalnie pracując — tłumaczy Krzysztof Bik, zastępca dyrektora Centrum Zdrowia Matki Polki

Prowadzona przez niego jednostka jest samodzielna od roku. Przez ten czas udało się uniknąć zadłużenia. Jednostka miała większy zbyt niż początkowo spodziewała się dyrekcja. Perspektywy na przyszłość nie były złe.

— Jesteśmy szpitalem nowoczesnym. Potrafimy być konkurencyjni. Ściągamy pacjentów z całej Polski — tłumaczy Krzysztof Bik.

Przyznaje, że od ich liczby zależy, ile pieniędzy centrum dostanie od kasy. Wynegocjowana z nią na początku roku kwota może ulec zmianie.

— Przekroczenie planu o 5 proc. nie wpływa na nasze finanse. Jednak wszelkie wahnięcia powyżej tego skutkują zmianą kwoty. Jeżeli normę przekroczymy o 105 proc. to mamy prawo renegocjować całą umowę — mówi Krzysztof Bik.

Jego zdaniem, system kas nie jest pozbawiony błędów i niejasności. Jednym z nich jest to, że samodzielna jednostka dostaje za każdego pacjenta takie same pieniądze. Bez względu na to, czy jest on poddawany drogiemu specjalistycznemu zabiegowi, czy też prostej operacji. Kwota, którą szpital dostaje za pacjenta, stanowi średni jego koszt.

— Najlepiej zarabia się na „tanich” pacjentach. Nie uciekamy jednak od tych „drogich”. Dlatego nie można dokonać prostego przeliczenia, że im więcej będziemy mieli pacjentów, tym lepiej będzie nam się wiodło. Jeżeli będę miał dużo drogich, a mało tanich to stracę. W odwrotnej sytuacji zyskam — wyjaśnia Krzysztof Bik.

Koniec z końcem

Zdaniem Pawła Chęcińskiego, dyrektora ekonomicznego szpitala kardiologicznego w Aninie, ustalenia z kasą chorych trudno nazwać negocjacjami.

— To dyktat. Musieliśmy zaakceptować proponowane przez kasy kwoty. Dostaliśmy 50 proc. tego, czym mogliśmy dysponować w ubiegłym roku. Nie uratują nas również ponadplanowi pacjenci, za których ma nam zwrócić kasa. Przy zaniżonych stawkach, jakie za nich dostajemy, i tak będziemy stratni — wyjaśnia Paweł Chęciński.

Twierdzi, że jednostka otrzymuje jedynie 40 — 60 proc. rzeczywistych kosztów leczenia pacjentów. Jedynym, choć niemożliwym do zastosowania rozwiązaniem byłoby ograniczenie kosztownych zabiegów i wykonywanie tylko tanich.

— To istny nonsens. Dojdzie do tego, że szpitale nie będą posiadały środków na leczenie skomplikowanych przypadków — wyjaśnia Tadeusz Grubecki, dyrektor administracyjno- ekonomiczny w Szpitalu Bielańskim.

Twierdzi, że teraz najważniejsze jest rozwiązanie sprawy anestezjologów. Jeżeli protest potrwa dłużej, to szpital nie będzie miał szans na uzyskanie większych pieniędzy od kasy. Z tych, którymi teraz dysponuje, na pewno się nie utrzyma.

— Planowych pacjentów szpitale z konieczności odsyłaja do domu. Zabiegi odsuwają się coraz bardziej. Tracimy cenny czas i środki na dalszą działalność — wyjaśnia Tadeusz Grubecki.

Nie w jeden dzień

Zdaniem Krzysztofa Bika, służby zdrowia nie można zreformować w jeden dzień — z 31 grudnia na 1 stycznia.

— Chodzi o otwarcie się na reformę. Wszystko zaczęłoby się jakoś toczyć. Tymczasem szpitale stały się poligonem do rozegrania wielkiej bitwy. Ofiarami będą pacjenci i same jednostki — wyjaśnia Krzysztof Bik.