Wybuchy w elektrowni atomowej Fukushima I sprawiły, że niezwykle spokojni Japończycy zaczęli się bać. Doszło bowiem do radioaktywnych wycieków. Inwestorzy też się przestraszyli. Najbardziej - radioaktywnej chmury, która zaczęła zbliżać się do stolicy Japonii. Niewiele pomógł kolejny zastrzyk gotówki w system finansowy wykonany przez tamtejszy bank centralny.
Giełda tokijska przeżyła w nocy z poniedziałku na wtorek naszego czasu największą przecenę od krachu z 1987 r. We wtorek fala wyprzedaży przetoczyła się przez pozostałe regiony świata. Dostało się również Polsce. WIG20 tracił nawet 2 proc. przy wysokich obrotach.
Według analityków straty po kataklizmie w Japonii są o 50-70 proc. mniejszej niż po trzęsieniu w Kobe z 1995 r. Tymczasem wtedy Nikkei225 spadł w pięć miesięcy o 24 proc., a teraz od piątku do wtorku zniżył się już o 17,5 proc. Japonii nie grozi finansowa plajta, bo potencjalne straty wywołane kataklizmem nikną w skali japońskiej gospodarki. Inwestorzy dyskontują więc już bardzo czarny scenariusz.
Stratedzy Credit Suisse (CS) we wczorajszym raporcie zwracają uwagę na fundamenty.
- Japońskie akcje są rekordowo tanie (np. gotówka spółek to 32 proc. kapitalizacji, C/WK wykazuje rekordowe 47 proc. dyskonta do świata), a zagraniczni inwestorzy już wcześniej byli mocno niedoważeni na tym rynku - twierdzą eksperci CS. Analitycy nie widzą ryzyka większej korekty na rynku globalnym.
Więcej w środowym "Pulsie Biznesu"