Od zagarnięcia Krymu przez Rosję upływa dopiero miesiąc, ale bezradny świat stara się o tym szybko zapomnieć. Akt bezprawia oczywiście nie zostanie międzynarodowo uznany, wyniki głosowań w Organizacji Narodów Zjednoczonych czy też w Radzie Europy okazały się dla rosyjskiego agresora miażdżące. Ale z drugiej strony — politycy nie mają odwagi przyznać oczywistości, że Krym stał się częścią Rosji. To kolejne terytorium, którego przynależność na mapach zaznaczana jest odmiennie — świat zalicza półwysep do Ukrainy, a na rosyjskich to już integralna część imperium.

Rozwój dramatu Ukrainy stawia cywilizowany świat przed kolejną próbą. Bezpośrednio po zaborze Krymu słychać było buńczuczne zapowiedzi zarówno prezydenta USA, jak i przywódców państw Unii Europejskiej — że co prawda na półwyspie stawiamy już krzyżyk, ale niech Władimir Putin nie śmie tykać Ukrainy kontynentalnej, no bo zobaczy…
Tymczasem sytuacja na pograniczu staje się krytyczna, krymski scenariusz się powtarza — a nawet gorzej, bo dochodzi już do incydentów zbrojnych. Ponadustrojowa rosyjska doktryna brzmi, że tam dokąd doszedł żołnierz rosyjski/radziecki — przesuwa się granica imperium. Po drugiej wojnie światowej dobrowolnie, ale na korzystnych warunkach Moskwa wycofała się tylko raz — z Austrii. Natomiast wydarzenia sprzed ćwierć wieku, gdy najpierw rozleciał się moskiewski obóz, a później sam Związek Radziecki — Władimir Putin uznaje za nieszczęście XX wieku i od początku XXI usiłuje je „naprawiać”.
Obiektywnie świat ma z tym imperialnym amokiem problem i okazuje swoją bezradność. W tym kontekście nasze polskie palące tematy, takie jak niszczące obecnie branżę mięsną embargo na wieprzowinę czy też naturalne żądania zwrotu samolotu smoleńskiego — to na globalnej szachownicy tylko pionki.