Świat postrzega Bernanke przez różowe okulary

Xelion. Doradcy finansowi
11-02-2011, 17:40

Niewiele można powiedzieć na temat tego, co  wydarzyło się w ostatnich dniach na Wall Street. Kalendarium makroekonomiczne było niemal puste. Sezon raportów kwartalnych można uznać za "zakończony" (większość spółek istotnych dla amerykańskiej gospodarki podała już dane).

Reasumując, graczom brakowało impulsu, który mógłby wygenerować wyraźniejszy ruch, a jakiekolwiek dane, które nadchodziły czy to z Azji (podwyżka stóp procentowych w Chinach), czy Europy (fatalne dane dotyczące produkcji przemysłowej w Niemczech) były po prostu ignorowane. Strumień pieniędzy płynących z rynku obligacji nie pozwolił na większą realizację zysków i przyczynił się do mozolnego podnoszenia indeksów.

Przy takim marazmie jako wydarzenie tygodnia można uznać wystąpienie Bena Bernanke przed Komisją Budżetową Izby Reprezentantów. I tutaj można wyłowić parę "rewelacji". Pierwsza to brak obaw odnośnie presji inflacyjnej i braku zagrożenia jej wzrostem z powodu wysokich cen żywności. Druga to wysokie rentowności amerykańskich obligacji. Można powiedzieć "everything is fine". Rentowność rośnie, bo oczekiwania co do wzrostu gospodarczego są optymistyczne. Ożywieniu natomiast ma pomóc odkręcony kurek taniego pieniądza.

Czas i rynek zweryfikuje, czy tak "optymistyczne" nastawienie jest uzasadnione. Pamiętam słowa Bena Bernanke z 2008 dotyczące stanu amerykańskiej gospodarki i sytuacji w sektorze finansowym. Słowa, z których można było wywnioskować, że ówczesny kryzys subrimowy nie jest aż tak groźny i patrzy "umiarkowanie optymistycznie" na to, co będzie działo się w dalszych miesiącach 2008 roku. Skończyło się na upadku Lehman Brothers, najpoważniejszej recesji od czasów wielkiej depresji i największej akcji drukowania dolara w dziejach współczesnego świata, która notabene trwa nieprzerwanie od 1971 r.

Konrad Widuliński

Polska i Europejskie Rynki Wschodzące
Drugi tydzień lutego upłynął na warszawskiej giełdzie pod znakiem dominacji niedźwiedzi. Na początku tygodnia inwestorów „zelektryzowała” informacja o wezwaniu do sprzedaży na akcje BZWBK po cenie 226,89 PLN. Rynek nie spodziewał się wcześniej, że do ogłoszenia wezwania dojdzie tak szybko. Zapisy do sprzedaży akcji „BeZeta" będą przyjmowane przez miesiąc do 25 marca. Wzywającym jest Santander w wyniku kupna większościowego pakietu od AIB oraz idącymi za tym wymogami polskiego prawa, które to nakazuje ogłoszenie wezwania po przekroczeniu progu większościowego udziału w spółce. W połowie tygodnia swoje wyniki podało BRE. Na poziomie netto bank zaraportował wynik 195 mln PLN i tym samym pobił szacunki analityków o ponad 10%. W rezultacie kurs BRE w ciągu dnia urósł nawet o 7%.

Jednak większość inwestorów postanowiło po publikacji wyników zrealizować swoje zyski, co w konsekwencji „zepchnęło” kurs BRE do poziomu sprzed publikacji wyników. W czwartek swoje rezultaty opublikował Bank Handlowy. Było to kolejny bank (trzeci), który podał wyniki powyżej konsensusu analityków. Niewykluczone, że przed publikacją wyników przez Pekao oraz PKO inwestorzy będą grali pod lepsze „cyfry”, a po ich publikacji dojdzie do realizacji zysków. W czwartek uwaga graczy skupiła się na wynikach PKNu. Spółka zaraportowała na poziomie 544 mln PLN netto – dokładnie tyle co wstępne szacunki rynku. Kurs zachował się neutralnie. W WIG20 spadki były m. in. napędzane przez słabnący kurs KGHMu, który to ciążył z powodu spadku cen surowca (efekt podwyżki stóp procentowych w Chinach o 0.25%).

W odniesieniu do najbliższej przyszłości na warszawskim parkiecie myślę, że tendencja do realizacji zysków w USA spowoduje krótkoterminową presję. Jednak, wielkość spadków na GPW może byće ograniczona, mimo że nasz rynek ostatnio zachowuje się dużo gorzej niż główne indeksy amerykańskie (S&P 500 5% vs WIG20 -2% od początku roku). W świetle tego wydaje się, że wsparcie na poziomie 2650 powinno zostać obronione. Jednocześnie kierunek zachowania indeksów będą wyznaczać publikowane wyniki za 4. kw.

Michał Guzik

Europa Zachodnia
Próżno liczyć, który to już z kolei wzrostowy tydzień na rynkach Starego Kontynentu. Główne zachodnioeuropejskie indeksy w ujęciu tygodniowym w większości wylądowały na lekkich plusach, po raz wtóry bijąc szczyty tej hossy.
Gołym okiem widać, że sentyment wśród inwestorów w dalszym ciągu nie jest zły, co skutkuje pozytywnymi reakcjami na dobre informacje oraz zupełnym ignorowaniem  gorszych wieści. Motorem do wzrostów okazały się pogłoski o możliwych fuzjach czołowych giełd: brytyjskiej London Stock Exchange z kanadyjską TMX oraz niemieckiej Deutsche Boerse z amerykańskim gigantem NYSE Euronext skupiającym także parkiety m.in. we Francji i Portugalii. Dobrymi danymi kwartalnymi pochwaliły się z kolei Michelin oraz Arcerlor Mitkal. Niewielu natomiast zmartwiły gorsze raporty płynące np. z francuskiego L’oreal, czy też negatywnie odbierany przez obserwatorów alians Nokii z Microsoftem. Ogółem raporty kwartalne przedstawione do tej pory przez europejskie koncerny w prawie 60 procentach okazały się lepsze od oczekiwań analityków, co i tak jest wynikiem gorszym od danych zza oceanu, gdzie odsetek ten wynosi ponad 70 procent. Tematem na oddzielną dyskusję jest pytanie, ile w tym zasługi zaniżonych prognoz, a na ile jest to efektem realnej i trwałej poprawy kondycji przedsiębiorstw.

W dalszym ciągu nie dają zapomnieć o sobie kraje z grupy PIIGS, a raczej spekulanci próbujący grać na spadek cen ich obligacji. W czwartek dali oni próbkę swoich możliwości, czego efektem były rosnące gwałtownie rentowności długu Portugalii i Hiszpanii. Nic nie dały natychmiastowe słowne interwencje Madrytu i Lizbony. Sytuację uspokoił dopiero popyt ze strony Europejskiego Banku Centralnego, co nie oznacza, że w najbliższym czasie nie może dojść do „powtórki z rozrywki”.

Tydzień europejscy inwestorzy kończą w neutralnych nastrojach, a główne indeksy w dalszym ciągu są na poziomach najwyższych od ponad 2,5 roku. Od kilku tygodni wszyscy spodziewają się korekty, jednakże czas realizacji zysków z uporem nie chce nadejść. Jasnym jest, że pewne odreagowanie w dół ostatniej fali wzrostowej może ostudzić rozgrzane głowy inwestorów, a w dłuższej perspektywie pomóc rynkom w utrzymaniu długoterminowego trendu wzrostowego.

Piotr Trzeciak   

Azja i Ameryka Łacińska
W końcówce tygodnia mimo różnicy zdań wśród decydentów Bank Korei pozostawił oprocentowanie na poziomie 2,75 proc. Biorąc pod uwagę wtorkową podwyżkę stóp w kraju środka oraz nieustanną walkę krajów azjatyckich z inflacją, rynek wyceniał podwyżkę o 25 punktów bazowych. Chiński bank centralny podwyższył roczną stopę depozytową i kredytową. Jest to już trzecia podwyżka stóp procentowych od połowy października ubiegłego roku. Nie ma znaczenia to, czy miała ona miejsce w tym tygodniu, czy też miałaby mieć miejsce dopiero w przyszłym. Istotne jest to, że oczekiwania wobec stóp azjatyckich są takie, że będą rosły. Okres wzrostów na rynkach rozwiniętych oraz trwająca w tym samym czasie korekta na wielu rynkach wschodzących sprawiły, że argument wycen akcji ponownie przemawia za inwestowaniem w rynki wschodzące. Powrotu inwestorów zagranicznych na rynki azjatyckie oraz Ameryki Łacińskiej można się spodziewać dopiero po tym, jak wzrosty z ostatnich miesięcy skorygują giełdy zachodnie. Średni wskaźnik C/Z akcji amerykańskich spółek jest na poziomie 15-16 z oczekiwanym wzrostem zysków o 15 proc. w tym 2011 roku. Podobnego wzrostu zysków inwestorzy oczekują na rynkach wschodzących, jednak po korekcie, C/Z spadł średnio do 11,5-12, co sprawia, że inwestycje zaczynają być atrakcyjne. Korekta na rynkach rozwiniętych, które wydają się być wykupionymi, będzie dobrym argumentem do powrotu.

Wietnam zaskoczył doniesieniami o dewaluacji swojej waluty o 8,5 proc. i zawężeniu spreadu, w których może utrzymywać się kurs, z 3 proc. do 1 proc. Wydarzenia te zostały przez rynek zasadniczo zignorowane. We wtorek nastroje na rynkach azjatyckich poprawiły lepsze od oczekiwań wyniki kwartalne Toyoty, największego na świecie producenta samochodów. Japońska spółka podniosła również o 40 proc. prognozę zysku na ten rok w reakcji na wyższą od oczekiwań sprzedaż samochodów na rynkach wschodzących. Ostatecznie indeks Nikkei 225 kończy po zielonej stronie rynku.

Dynamika przemysłu Indii była najsłabsza od dwudziestu miesięcy. Wydaje się, że działania banku centralnego Indii i polityka studzenia gospodarki zaczyna przynosić efekty. Indeks Sensitive w Bombaju zanotował od początku roku ponad 14-procentową wyprzedaż. Mimo zapowiedzi władz monetarnych o braku przerwy w interwencji, wydaje się, że przyszedł czas na odbicie wśród posiadaczy akcji. Brazylijski rynek po dużej wyprzedaży na przełomie stycznia i lutego zbliża się na indeksie Bovespa do silnego poziomu wsparcia 63790 pkt. Przełamanie tego poziomu sugerowałoby długoterminową zmianę trendu.
  
Jan Żuralski
 
Surowce
W zupełnie innych nastrojach niż tydzień temu kończą inwestorzy obecni na rynkach surowcowych. Tym razem największym beneficjentem wzrostu było złoto, a najbardziej zniżkowały ropa i miedź. 

Ropa typu Crude  notowana na giełdzie w Nowym Jorku kosztuje 87 dolarów (spadek o ponad 2 proc.). Wydaje się, że inwestorzy przyzwyczaili się do przeciągającego się konfliktu w Egipcie, gdyż w przeciwnym wypadku ceny ropy powinny były wzrosnąć. Takie wzrosty cen były obserwowane, ale w wycenach „siostrzanego” gatunku ropy typu Brent (wzrost o ponad 1,5 proc.). Po raz kolejny Departament Energii USA poinformował o wzroście zapasów ropy i benzyny w tym kraju, co potwierdza słabość popytu. Ważną informacją jest śmierć króla Arabii Saudyjskiej i zastąpienie go przez młodszego brata, księcia Sułtana. Jest to o tyle ważne, że Arabia Saudyjska jest największym eksporterem ropy na świecie i przewodniczy organizacji zrzeszającej eksporterów tego surowca, czyli OPEC. Zatem każda destabilizacja może nakłaniać do spekulacyjnych zachowań inwestorów, co z kolei może wpłynąć na wzrost wahań cen.

Miedź staniała w tym tygodniu o 1,5 proc., a cena stabilizuje się w okolicach 10 tys. dolarów za tonę. Spadek cen to efekt kolejnych podwyżek stóp procentowych w Indiach i przede wszystkim w Chinach. Rynek uważa, że takie działania ograniczą zapotrzebowanie na ten metal. Ponadto, zadziałała tu korelacja z rynkiem ropy, gdzie wszelkiego rodzaju niestabilność geopolityczna pogarsza nastroje i obniża ceny.

Złoto odnotowuje wzrost ceny do poziomu 1362 dolary za uncję, co w ujęciu tygodniowym daje zwyżkę o ponad 1,5 proc. Notowania były wspierane przez wzrost awersji do ryzyka (kryzys polityczny w Egipcie) oraz spadek wartości dolara do koszyka głównych walut. Z kolei, na spadek notowań dolara miał wpływ ton wypowiedzi szefa FED Bena Bernenke, który twardo bronił kierunku dalszego poluzowania ilościowego, czyli w praktyce dalszego dodruku dolarów. Patrząc trochę szerzej na rynek, należy się spodziewać wzrostu inflacji w przewidywalnej przyszłości, a co za tym idzie, spadku cen dolara i wzrostu wycen wszystkich surowców.

Tomasz Ray-Ciemięga

Już w najbliższą środę Piotr Kuczyński, główny analityk Xeliona, będzie bezpłatnie szkolił czytelników pb.pl! Webcast "Analiza techniczna: wykres (nie zawsze) prawdę ci powie" zaczyna się o godz. 16.00. Zarejestruj się już dziś na stronie akademia.pb.pl!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Xelion. Doradcy finansowi

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Świat postrzega Bernanke przez różowe okulary