Świat z książek Londona

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-03-26 00:00

Susły — małe, rozkoszne zwierzątka. Na pozór. Bo upodobania kulinarne mają odrażające. Spokojni na co dzień roślinożercy zjadają się nawzajem, gdy tylko mają ku temu okazję. Co innego świstaki!

— Sympatyczne gryzonie. Wiele czasu spędzają na zabawach i gonitwach. Gdy rano wychodzą z norek, całują się na powitanie. Żyją w grupach rodzinnych: samiec, dwie samice i dzieci. Każdy osobnik ma inny charakter: nerwowy, płochliwy, hałaśliwy, odważny... Także ich głosy się różnią — opowiadają Julia Witczuk i Stanisław Pagacz, leśnicy po warszawskiej SGGW, badający populację świstaków w Parku Narodowym Olympic w Stanach Zjednoczonych (projekt Uniwersytetu Montana w Missouri).

Spędzili tam pół roku; w maju, gdy zaczyna się sezon świstakowy, będą kontynuować badania.

Symbioza z naturą

Jechali pełni stereotypów — kraj zarobkowy, wielkie miasta. Jakich emocji dostarczą Stany komuś, kto był na Syberii? Prowadząc tam badania szczekuszek (nazywanych królikami skalnymi), jeździli po górach traktorami, wraz z tubylcami wyruszali konno na polowania... Mimo to zachwyciła ich pierwotna przyroda amerykańskich parków narodowych.

— Olympic: surowe góry, olbrzymie drzewa, odgłosy kolibrów wśród sosen... Tu każdy odkrywa Amerykę na nowo. Dla siebie. Człowieka ogarniają emocje, jakie musiały być udziałem pionierów. Nietrudno wczuć się w sytuację ludzi owiniętych w futra, przedzierających się na nartach przez las na polowanie... Odżywa świat z książek Londona i Curwooda — wspomina Julia Witczuk.

W parkach narodowych na północnym-zachodzie Stanów Zjednoczonych, a także w górach Kanady przyrodę pozostawiono niemal nietkniętą. Co nie znaczy, że nie zarabia się na jej zasobach. Udało się niemożliwe: symbioza dzikości i komfortu. Stworzono wygodne i dyskretne zaplecze turystyczne. Olympic, Yellowstone w niczym nie przypominają naszych parków narodowych, gdzie można tylko wejść i wyjść. W amerykańskich prowadzi się programy edukacyjne, nocuje...

Namiot w głuszy

— Wolno rozbić namiot. W specjalnych miejscach — często nad strumieniami — zaopatrzonych w wieszaki do zabezpieczenia żywności przed niedźwiedziami. Proste i skuteczne! Nie trzeba wybić drapieżników, by wpuścić ludzi do parku — podkreśla Stanisław Pagacz.

A namioty nie tłoczą się — jak to u nas bywa — na łysych polanach. Nie wycinano drzew, nie karczowano krzaków, nie usuwano zwalonych pni...

— Odgarnięto tylko poszycie, akurat na jeden namiot i miejsce na ognisko. Kolejny namiot stawia się kilkadziesiąt metrów dalej. Wszystko zaprojektowano tak, by było wygodne dla turystów i nie szpeciło krajobrazu — dodaje Julia Witczuk.

Amerykanom udało się zorganizować turystykę w przyjazny dla natury sposób, choć tylko za wędrówkami po górach idzie ogromny przemysł — samych wodoodpornych zapałek da się kupić 5 rodzajów! Nie mówiąc o innych gadżetach, pomagających przetrwać w dziczy. Oj, przydają się! W parku Olympic przewidziano szlaki na 2 tygodnie — idzie się przez głuszę, z własnym prowiantem. Pod drodze nie ma nic.

— Nieważne, ile masz lat. Bierzesz plecak, namiot, raki... I idziesz. Spotykaliśmy w górach wielu emerytów, na oko nawet 80-latków! Amerykanie są zafascynowani swoją przyrodą. Nie muszą jechać w Himalaje, by przeżyć przygodę. Wystarczy, że odejdą od szosy... — zazdrości Stanisław Pagacz.

Dżungla na północy

Całe dnie spędzali w stacjach terenowych — wysoko w górach. O duże miasta zahaczali przejazdem. Nie interesowały ich — o ileż ciekawsze są zabawy kruków, tarzających się w śniegu i straszących świstaki!

— Jedynym zagrożeniem z powietrza dla tych masywnych, 7-kilogramowych gryzoni, są orły. Kruki świetnie je naśladują, pikując na świstaki. Fascynujące. Ludziom wydaje się, że zwierzęta ogniskują całą energię na przetrwaniu — a tu proszę! Zabawa — emocjonuje się Julia Witczuk.

Zapewnia, że takie widoki nie są zarezerwowane dla naukowców.

— Już od pokoleń dzikie zwierzęta w parku Olympic wiedzą, że są bezpiecznie. Nie pierzchają przed ludźmi w popłochu. Przeciwnie: stoją i przyglądają się — jakby pytały: „co ty, człowieku, robisz w mojej kniei?”. Potem wolno odchodzą — dając turyście czas, by przyjrzał im się z bliska i zrobił zdjęcie — twierdzi Julia Witczuk.

Wspomina niedźwiedzie jedzące jagody, brodzące w górskich jeziorach w poszukiwaniu kijanek, nagarniające łapami kiście jarzębiny do pysków... Spotkanie oko w oko z pumą... I świstaki — wylegujące się na wielkich kamieniach i kontemplujące krajobraz. Godzinami. I one przyzwyczaiły się do obecności człowieka — nawet nie chce im się porządnie przed nim ukryć. Z prowizorycznych kryjówek wystają łapy, pyski, ogony... Można się przyglądać do woli.

— Ciekawe zwierzęta. Duży łepek pozwala zobaczyć wyraz pyszczka... Niestety, coraz ich mniej w parku Olympic. Od 20 lat świstaków gwałtownie ubywa. Nasze badania mają wskazać, co jest powodem: kojoty, zmiany klimatu, zanieczyszczenia czy narciarze ubijający śnieg tak, że nie chroni on już przed zimnem hibernujących pod ziemią gryzoni... — wyjaśnia Julia Witczuk.

Częstotliwość spotkań ze zwierzętami parku jest zadziwiająca: co krok to przedstawiciel innego gatunku.

— Na wybrzeżu polują wydry morskie. I stada bielików amerykańskich. Łapią ryby, próbując je sobie odebrać w locie — dodaje Julia Witczuk.

Bo park Olympic obejmuje też kawał skalistego wybrzeża Pacyfiku — dzikie plaże, do których trzeba się przedzierać przez kilometry lasu, wyłaniające się z wody spiczaste skały, legowiska fok, piasek usłany masą wyrzuconego z morza drewna — wolno je zebrać, by rozpalić sobie ogień... I pozostałości lasów deszczowych, porastających niegdyś całe wybrzeże USA.

— Widok stumetrowych, wiekowych świerków zapiera dech. Zwisają z nich mchy. Wygląda to bajkowo... Wiesz, że jesteś na północy, a czujesz się jak w dżungli tropikalnej — opisuje Stanisław Pagacz.

A więc można i tak — nie ingerując i nie niszcząc — pokazać ludziom dziką przyrodę. Tyle że Amerykanie i Kanadyjczycy poszli po rozum do głowy dopiero, gdy niemal kompletnie wytępili niektóre gatunki zwierząt‚ np. niedźwiedzie grizzli. Za ratowanie tego, co im jeszcze zostało, wzięli się w początkach zeszłego stulecia.