Syndyk i sąd na cenzurowanym

opublikowano: 05-05-2014, 00:00

Wierzyciele i likwidator państwowego PKS Zgorzelec krytykują sposób prowadzenia upadłości spółki.

Dopiero 19 maja 2014 r. okaże się, czy ktoś przejmie w przetargu to, co zostało z PKS Zgorzelec. Już dziś jednak trwająca od roku upadłość państwowej spółki budzi gorące emocje. Na działania Barbary Koper, syndyka, i nadzorującego ją sądu skarżą się wierzyciele. Kilku z nich już na jesieni 2013 r. wystąpiło o powołanie rady wierzycieli, która mogłaby kontrolować działania syndyka. Do dziś sąd jej jednak nie powołał.

— Wynagrodzenie wstępne syndyka sąd określił na 553,5 tys. zł, prawie dwa razy więcej niż dopuszczalne przez prawo 3 proc. wartości majątku spółki. Przyznał też Barbarze Koper zwrot prawie 15 tys. zł za przejechanie samochodem w ciągu 2 miesięcy ponad 18 tys. kilometrów, nie żądając przedstawienia faktur za paliwo czy stanu drogomierza samochodu. Co więcej, w wydaniu obu decyzji wzięła udział sędzia Małgorzata Dowhanycz- -Turoń, żona pełnomocnika syndyka Przemysława Turonia. Przecież to konflikt interesów — piekli się jeden z wierzycieli PKS Zgorzelec.

Sąd się tłumaczy

Andrzej Żuk, prezes Sądu Rejonowego w Jeleniej Górze, tłumaczy: po tym, jak sąd się dowiedział, że pełnomocnikiemsyndyka jest mąż sędzi, ta nie bierze już udziału w postępowaniu. Tyle że Barbara Koper informowała sąd, że zatrudnia Przemysława Turonia już w lipcu 2013 r., przed decyzjami o wynagrodzeniu i zwrocie wydatków. Andrzej Żuk zapewnia też, że wynagrodzenie ostateczne syndyka może być inne niż wstępne, a zwrot wydatków sąd przyznał po analizie „kalendarza spotkań i czynności” syndyka. Nie przekonuje to Kazimiery Kamińskiej, ostatniej prezes PKS Zgorzelec, która zażaliła decyzję sądu w tej sprawie. Jej także nie podoba się sposób prowadzenia upadłości.

— Sąd toleruje, że prawie przez rok syndyk nie złożyła sprawozdania na dzień sprzed ogłoszenia upadłości. I to, że szefem komisji inwentaryzacyjnej, z wynagrodzeniem ponad 7 tys. zł, uczyniła członka rodziny, choć mogli ją przeprowadzić bez zapłaty pracownicy spółki — dodaje pełnomocnik wierzyciela PKS Zgorzelec. Barbara Koper tłumaczy, że korzystała z zaufanych osób „z uwagi na zakres sporządzanej inwentaryzacji i jej wagę dla postępowania upadłościowego”. A Andrzej Żuk zapewnia, że „koszty zatrudnienia innych osób sąd będzie brał pod uwagę przy ustalaniu ostatecznego wynagrodzenia syndyka”. Zaznacza, że syndyk została zobligowana do niezwłocznego złożenia brakującego sprawozdania.

Syndyk się chwali

Tymczasem z ustaleń „PB” wynika, że kilka lat temu Barbara Koper straciła (po trzech miesiącach) funkcję syndyka innej spółki: Kam. Wrocławski sąd ją skrytykował i przyznał wynagrodzenie prawie dziesięć razy mniejsze niż kwota, o którą wnosiła, uzasadniając to zlecaniem przez syndyk licznych czynności na zewnątrz. Joanna Skowron, szefowa wydziału upadłościowego jeleniogórskiego sądu, przekazała nam, że nic o tym nie wiedziała. A sama Barbara Koper tłumaczy, że „ocena tego, kto ma przyznać pieniądze, i tego, kto ma je otrzymać, zawsze jest rozbieżna”. I podkreśla, że PKS Zgorzelec przed upadłością przynosił straty, a obecnie, pod jej kierownictwem, zaczął przynosić zyski, co jest korzystne dla wierzycieli.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu