Pan A. Z. przypomina klasycznego biznesmena. Zażywny, ale nie tęgi. Garnitur dobry, ale bez ostentacji. Krawat stonowany. Prowadzi własną firmę. Zatrudnia się w niej legalnie, na podstawie umowy o pracę. Prawo tego nie zabrania. Pan A. Z. twierdzi, że jest pokrzywdzony przez system.
Nie chciał siedzieć w pracy od ósmej do szesnastej, więc został doradcą podatkowym i założył własną działalność gospodarczą. Interes się kręcił. Zatrudnił pracownika, potem drugiego, potem kilku. Nie rezygnując z własnej działalności, założył spółkę prawa handlowego i sam się w niej zatrudnił. Jako zatrudniony opłacał składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. I to mu się nie podobało, bo płacił je także z tytułu prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej. To jest dyskryminacja. Dlaczego mam płacić na ubezpieczenie zdrowotne dwa razy? Taki utajony podatek pogłówny za to, że umiem wziąć interesy we własne ręce — denerwował się biznesmen.
Występował najpierw do właściwej kasy chorych, a potem do sądu pracy o stwierdzenie, że nie musi uiszczać podwójnej składki. Przegrał. Sądy stwierdziły, że istnieje ustawowy obowiązek opłacania składki z tytułu zatrudnienia i z tytułu prowadzenia działalności. Nie było to nawet wprost napisane w ustawie, ale wynikało z orzecznictwa. Sąd Najwyższy nie przyjął kasacji, uznając, że o obowiązku uiszczania dwóch składek zdecydował sąd apelacyjny. W październiku 2004 r. weszła w życie nowa ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej. Sprawy ubezpieczenia przeszły z sądów pracy do administracyjnych, a obowiązek płacenia dwóch składek tym razem zapisano wyraźnie.
Wcześniejszy okres został już osądzony, ale dlaczego nie spróbować jeszcze raz — pomyślał pan A. Z. Prawo jest prawem, choć niesprawiedliwym, i przyjmuję do wiadomości tę dyskryminującą podwójną składkę. Ale powinienem od państwowej służby zdrowia otrzymywać dodatkowe świadczenia. Tymczasem nie dość że płacę, to jeszcze z niej nie korzystam, bo dotąd nigdzie nie określono, co się należy za składkę — przekonywał pan A. Z. Doprowadził sprawę aż do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Sąd wyraźnie współczuł, ale skargę oddalił, długo wymieniając przepisy proceduralne. Prawo jest prawem — stwierdził sąd — ale tak poza protokołem doradził skargę konstytucyjną. Sprawdziłam. Na wiele rzeczy ludzie się skarżą do Trybunału Konstytucyjnego — na prawo upadłościowe, na zamówienia publiczne, na kodeks karny — ale skargi pana A. Z. nie ma. A wyglądał na takiego, co nie popuści.
