Odczuwanie okresu od 24 lutego do 24 marca oczywiście różni się biegunowo w niszczonej i znaczonej śmiercią Ukrainie oraz w państwach po naszej stronie mocy, nawet tak poważnie dotkniętych problemem uchodźczym jak Polska. Niekończący się ciąg debat i deklaracji politycznych będzie miał przesilenie właśnie 24 marca. Tego dnia odbędą się w Brukseli dwa teoretycznie decyzyjne szczyty o ogromnym znaczeniu dla przyszłego postępowania Zachodu. Najpierw w głównej kwaterze NATO zbierze się na szczeblu prezydentów/premierów Rada Północnoatlantycka, czyli najwyższy organ sojuszu. Po południu w unijnym Europa Building rozpocznie się cokwartalne posiedzenie Rady Europejskiej (RE) z gościnnym udziałem prezydenta Josepha Bidena. Większość uczestników po prostu przejedzie, ale niektórzy udadzą się do domu (np. premierzy Wielkiej Brytanii i Norwegii), inni zaś dołączą (z Austrii, Szwecji czy Finlandii). Różnice w składzie państw oczywiście będą miały wpływ na zbiorowe decyzje. W NATO od 73 lat niezmiennie najważniejszy jest głos amerykański, w strukturach UE dominują natomiast założyciele 70-letniej wspólnoty, czyli bardzo zachowawcze Niemcy i Francja.
Poza różnicami na listach uczestników naturalnie inne są traktatowe zadania NATO i UE. Jednak w obliczu rozpętanej przez Kreml wojny napastniczej sfera stricte militarna bardzo silnie zazębia się z gospodarczo-społeczną. W każdym razie w dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym NATO nie wystosuje do Ukrainy zaproszenia do członkostwa. To już pewnik, dlatego tak ekstremalnie fałszywy jest upowszechniany przez Władimira Putina główny pretekst wydania 24 lutego zbrodniczego rozkazu. UE natomiast bez jakichkolwiek konsekwencji ani dla własnego budżetu, ani też dla reakcji Kremla może jednomyślną decyzją zmienić od ręki status Ukrainy z państwa stowarzyszonego na oficjalnego kandydata. Realny horyzont trudnych negocjacji akcesyjnych do uzyskania członkostwa w UE to i tak mniej więcej 5-8 lat, żadna ścieżka ekspresowa nie istnieje, ale status kandydata natychmiast zmieniłby pozycję Kijowa wobec Moskwy.
Aby stawiać tezy, kiedy skończy się agresja, trzeba analizować, co się dzieje w Rosji. Od piątku świat nie ma już wątpliwości, że może potrwać nawet… lata, a nie miesiące. 18 marca, w rocznicę zagarnięcia Krymu w 2014 r., na stadionie na Łużnikach – czyli głównym obiekcie igrzysk olimpijskich w 1980 r. oraz piłkarskich mistrzostw świata w 2018 r. – odbyła się koncertohucpa pod hasłem „Za świat bez nazizmu, za Rosję”. Sfanatyzowany tłum na trybunach oraz na zewnątrz pod pomnikiem Władimira Lenina, liczący ze ćwierć miliona, zapatrzony był w cara z Kremla niczym na dawnych kronikach Niemcy w Adolfa Hitlera. Putin w argumentacji za wojną podpierał się i Pismem Świętym, i wątkami innych religii, czyli buddyjskim i nawet islamskim – to gest wobec gwardii czeczeńskiej, która na filmikach reklamuje swój udział w wojnie z okrzykiem „Allāhu Akbar”. Przywołał także jako busolę postać carskiego zwycięskiego admirała Fiodora Uszakowa, dowódcy floty z końca XVIII wieku, który z woli Józefa Stalina został patronem radzieckiego orderu, zaś w 2000 r. doczekał się… kanonizowania przez rosyjską cerkiew. Taki konglomerat imperialnych idei ze wszystkich epok potwierdza, że w propagandzie Kremla tzw. wyzwalanie ludu ukraińskiego spod tyranii kijowskich nacjonalistów/faszystów zostało już zrównane ze świętością Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-45. Stąd dramatyczna, a dla Ukrainy tragiczna teza zapisana w tytule.
