Szarża to polska specjalność

Rozmawiał Mirosław Konkel
opublikowano: 2011-06-22 00:00

Polacy często złoszczą się na bezmyślność innych kierowców, własne piractwo tłumaczą stresem lub brakiem czasu.

Rozmowa z Mirosławem Słowikowskim, trenerem rozwoju osobistego i zawodowego

Polacy często złoszczą się na bezmyślność innych kierowców, własne piractwo tłumaczą stresem lub brakiem czasu.

"Puls Biznesu": Ułańska fantazja, polska przekora, zwyczajna głupota. Dlaczego nasz kraj przoduje w międzynarodowych rankingach wypadków drogowych?

Mirosław Słowikowski: Przekraczanie dozwolonej prędkości jest po trosze sprzeciwem wobec władzy, którą ciągle duża część Polaków traktuje jako ciało obce i zło konieczne. Nie lubimy, gdy państwo coś nam narzuca. Wynika to pewnie z faktu, że w ostatnich stuleciach naprawdę wolnej Polski mieliśmy niewiele. Limit prędkości — podobnie jak inne ograniczenia — to rodzaj międzyludzkiej umowy, która ma ułatwiać nam życie. My jednak postrzegamy go w kategoriach narzuconego zakazu, który wręcz trzeba łamać.

Czy jest to tylko przekora, czy już głupota, czy siła wyższa, trudno rozstrzygnąć. Przed brawurą powinna nas chronić świadomość tego, po jakich drogach jeździmy. Ale nie chroni. W USA, gdzie drogi są znacznie lepsze, nikomu nie przychodzi do głowy przekraczanie prędkości, bo nie dość, że kary są surowe, to jeszcze nieuchronne. U nas kierowca, który zostanie złapany na bardzo poważnym występku, jeździ nadal. Może najwyżej dostać mandat, jeśli będzie miał pecha. Taka sytuacja musi demoralizować.

Mam wrażenie, że mimo wszystko rośnie u nas odsetek kierowców zdających sobie sprawę, jak ważne jest przestrzeganie przepisów drogowych.

Tak, tyle że wielu z nas stosuje podwójną miarę. Jedną, łagodną, dla siebie. Drugą, bardzo surową, dla innych. Przykład? Gdy ktoś wyprzedza na trzeciego, stwarzając ogromne niebezpieczeństwo, krzyczymy wściekli: "Jak jeździsz, wariacie?". Natomiast własne piractwo drogowe umiemy łatwo usprawiedliwić — a to bezsensownością zakazów czy nakazów, a to brakiem czasu, a to koniecznością rozładowania stresu. Bez względu na to, ile złamiemy przepisów, zawsze winne są okoliczności, a nie my.

A jednak stres, którego tak dużo ostatnio w pracy — i w ogóle w życiu, sprzyja ryzykownym zachowaniom za kierownicą.

Ludzie, którzy przekraczają prędkość, najczęściej robią to, aby poczuć powiew wolności. Tak naprawdę często jest to prosty mechanizm zwalczania napięcia wywołanego silnym stresem, zastrzykiem adrenaliny. W tym przypadku adrenalina działa jak narkotyk, niwelując na krótki czas napięcie psychosomatyczne. Po części sami jesteśmy winni temu napięciu, ale nierzadko też słyszę od menedżerów czy przedstawicieli handlowych, jak nierealistyczny i wyśrubowany grafik narzucają im pracodawcy. Trudno się wtedy dziwić, że ludzie pędzą na złamanie karku. Zwykle są to młode osoby, przekonane o własnej nieśmiertelności.

Każdy, kto miał kiedyś wypadek drogowy, wie, że umiejętności czy refleks to tylko połowa sukcesu. Większość wypadków wynika ze splotu wielu czynników. Szybka jazda to pewnego rodzaju hazard, w którym stawka jest bardzo wysoka, ale uczestnicy tej gry wolą o tym nie myśleć.

Zdecydowaną większość wypadków drogowych powodują mężczyźni. Czy, wbrew stereotypowi, są gorszymi kierowcami niż kobiety? A może ryzykanctwo jest typowo męską cechą?

Mężczyźni bardzo często są przekonani o wyższości własnych umiejętności. Uważają, że dobra technika jazdy samochodem jest gwarancją bezpieczeństwa. A technika zdaje się na niewiele, gdy pęknie opona, spadnie zamarzający deszcz lub ktoś nieporadny wjedzie wprost pod nasze auto. Brak wyobraźni częściej występuje u mężczyzn niż u kobiet. Panie jeżdżą wolniej, ostrożniej, co czasami nas, facetów, drażni. Ale dzięki ich rozwadze wypadków jest mniej.

Jak poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach? Zaostrzyć kary, organizować akcje uświadamiające?

Jednej, uniwersalnej recepty nie ma. Zawsze byłem zwolennikiem zasady, że nie tyle wysokość kary, ile jej nieuchronność jest skuteczna. Osoba, której odebrano prawo jazdy, nie może czuć się bezkarna. Akcje promujące zdrowy rozsądek także mogą odnieść pożądany skutek, ale pod warunkiem, że będą dobrze przygotowane i ukierunkowane. Samo straszenie, będące często głównym elementem takich przedsięwzięć, nie zdaje egzaminu. Podejrzewam, że pokazanie pirata drogowego jako prymitywnego troglodyty bez wyobraźni wywierałoby większe wrażenie.

Co takiego mają Szwedzi, że potrafią jeździć bezpiecznie?

W Szwecji już od wielu lat działa program "zero tolerancji dla piratów drogowych", wzorowany na modelu amerykańskim. Z tego, co wiem, za przekroczenie dozwolonej prędkości powyżej 40 i 50 kilometrów na godzinę, zależnie od drogi, grozi spotkanie z prokuratorem. Już za przekroczenie prędkości o 1-10 kilometrów na godzinę kara wynosi w przeliczeniu ponad 800 złotych. W tym niespełna dziesięciomilionowym kraju w pierwszym półroczu od wprowadzenia programu ukarano prawie 100 tys. kierowców. Połączono wysokie kary z ich nieuchronnością. Szwedzi po prostu muszą jeździć bezpiecznie.

Może i nasi politycy powinni znaleźć w sobie dość odwagi i wprowadzić równie surowe metody? Mam jednak nieodparte wrażenie, że wielu wybrańców narodu szybciej przeboleje stratę kierowcy w wypadku niż stratę potencjalnego wyborcy.