Budowniczy, inwestor, pracoholik. Szczupak polujący w wodach warszawskiej giełdy. Krzysztof Moska, idol drobnych inwestorów.
rzysztof Moska, rocznik 1961 — jego nazwisko działa na drobnych inwestorów tak, jak kilka lat temu nazwisko Romana Karkosika. Śledzą każde jego posunięcie, a potem szczegółowo analizują. Niektórzy nazywają go spekulantem. Inni — uwielbiają. Jedni wieszczą mu klęskę, drudzy podążają za nim od firmy do firmy. Odpoczywa tylko w niedzielę. Jedzie do Wisły, gdzie spędza dwie, trzy godziny we własnym pensjonacie.
Hobby? Renowacja starych domów. Ma ich kilka. Ostatni nabył w Bielsku-Białej. Inwestycje? Lentex, Novita, Hygienika, NFI Jupiter. Mąż, ojciec dwojga dorosłych dzieci. Z wykształcenia technik leśnictwa.
— Pracoholik o niespożytych siłach, dla którego nie liczy się czas. Jednocześnie zwykły człowiek, który nie afiszuje się swoim bogactwem — Andrzej Majchrzak, prezes Lenteksu, charakteryzuje Krzysztofa Moskę.
Wycenia się go na ponad sto milionów złotych. Ale udało mu się zrobić coś, co nie udało się innym, bogatszym od niego — stworzył markę Moska. Marka może kontrowersyjna, ale zawsze. Nakierowana na drobnych inwestorów, która, jak pokazują notowania warszawskiej giełdy, trafiła do grupy docelowej.
Niemieckie początki
Analitycy giełdowi zaliczają go do grona szczupaków. Nie jest jeszcze rekinem jak Roman Karkosik czy Leszek Czarnecki, ale już zalicza się do drapieżników. Szczupak świetnie przystosował się do swojego środowiska. Jak mówią znawcy, poluje tylko na takie ofiary, które są tego warte. I szybko rośnie w dobrych warunkach. Podobnie jak Krzysztof Moska.
Biznesu uczył się w Niemczech i w Holandii, gdzie chodził na kursy zarządzania i pracował. Po powrocie do kraju rozpoczął własną działalność. Miał wytwórnię lodów włoskich i firmę dystrybuującą wykładziny. Pierwsze większe pieniądze zarobił przy okazji wejścia na rynek polski niemieckiej firmy Feidal, produkującej farby i lakiery.
— Był czas, kiedy Feidal miał 50 proc. udziałów w P.P. H.Moska, wtedy spółka z o.o. Byłem pierwszą inwestycją kapitałową tej niemieckiej firmy w kraju — opowiada Krzysztof Moska.
Feidal GmbH Lacke+Farben to duża firma z kilkoma fabrykami w Niemczech oraz oddziałami m.in. w Polsce i w Rosji. Krzysztof Moska chwali się znajomością z Hennerem Stratenwerthem, twórcą potęgi Feidala. A to oznacza, że zna rynek i ma szerokie kontakty w branży chemii budowlanej. W niej działa, w niej odnosi sukcesy. Bo szczupak, jak to szczupak, poluje na ryby ze swojego ekosystemu.
Żadnych strat
Trudno się z nim umówić na rozmowę. Wciąż podróżuje między Lublińcem (Lentex), Zieloną Górą (Novita) i Dąbrową Górniczą (P.P.H. Moska). Znajduje trochę czasu w środku tygodnia. O dziewiątej rano. Siada przy stole, poprawia charakterystyczne niebieskie okulary i wypija kolejną tego dnia kawę. Mówi spokojnie, wręcz leniwie. Ostrożnie dobiera słowa. Ożywia się, kiedy zaczynamy rozmawiać o jego działalności biznesowej.
— Nie rozumiem pojęcia, mieć firmę, która przynosi stratę. Po prostu nie rozumiem. Dla mnie biznes polega na tym, że właściciele zarabiają pieniądze. Jeżeli firma przynosi straty, trzeba ją zamknąć — wyjaśnia swoje zasady.
Zamknąć albo kupić. Krzysztof Moska zwykle wybiera to drugie wyjście. Lentex przynosił straty. Hygienika również. W obie zainwestował.
— Kiedy się wchodzi do firm dobrych, nie warto nic zmieniać, bo można tylko zepsuć. Wchodzić do firm mających straty, to pewne wyzywanie. Ryzykuję własnymi pieniędzmi, jeśli się nie uda, tracę coś, co sam włożyłem. Najczęściej ryzykuję najwięcej, bo jestem największym akcjonariuszem — mówi.
Dziwne, że na to ryzyko piszą się inni. Kiedy ogłosił, że zwiększa zaangażowanie w Lentex, kurs akcji firmy wzrósł o 8 proc. Znowu pomogła marka.
— Pokazuje się w mediach. To dobrze. Nasi klienci go kojarzą, a wraz z nim Lentex. Nie tylko w Polsce. Nasi partnerzy na Ukrainie też czytają Onet biznes — mówi jeden z pracowników firmy.
Ale czy to wystarczy, żeby wyjaśnić, jak jego nazwisko działa na inwestorów? Kiedy w grudniu zeszłego roku dopiero się spekulowało o jego możliwym zaangażowaniu w Hygienikę, jej kurs wzrósł w jeden dzień o 14 proc.
— Krzysztof Moska według mnie to siła przebicia i self-marketing. On dostrzega małe szanse, chwyta je, a potem przekuwa w sukces, po drodze taranując wszystkie przeszkody — mówi Krzysztof Szymański, wiceprezes Primy Charter, gdzie Moska jest jednym z udziałowców.
Brzydka łatka
Do Moski przylgnęła łatka spekulanta. Próbuje z nią walczyć. Niedawno ogłosił, że rezygnuje z gry giełdowej i skupia się na firmach o mocnych fundamentach. Tyle że podobne słowa słyszeliśmy, kiedy wchodził do Lubawy. W tym wypadku „długoterminowa inwestycja” oznaczała krócej niż rok. Nie udała się próba budowy 3 L (fuzja Lubawy, Lenteksu i LZPS).
— Nie zawsze za wszystko można ganić największego akcjonariusza. W spółki akcyjne angażuje się przecież wielu inwestorów. Jeśli pozostali mają inną propozycję niż ja, są dwie możliwości: wojna albo rezygnacja. Wojna w firmie rujnuje, więc się odsunąłem. Każdy ma prawo sprzedać swój pakiet — uważa Moska.
Teraz buduje, opierając się na Lenteksie. Inwestorzy znowu mu wierzą.
— Na początku zrobił na mnie negatywne wrażenie. Jego wadą jest bardzo silny self-marketing. Obiecuje rzeczy, które mogą się nie spełnić. Dopiero później zobaczyłem, że jest dobrym organizatorem i inwestorem. Potrafi zbliżyć się do ludzi — do inwestorów, menadżerów i przekonać ich, żeby razem z nim szli i wspierali go w jego idei — twierdzi Krzysztof Szymański.
Dodaje, że jest grupa ludzi gotowych rzucić wszystko, żeby tylko pracować dla Moski. Pewnie również dlatego, że daje dobry przykład. Nie oszczędza się. Jego współpracownicy określają, go jako pracoholika.
— Dla mnie praca to hobby. Traktuję ją zadaniowo, a pracoholik to ktoś, kto przychodzi do roboty i siedzi po 14-18 godzin, czy ma coś do zrobienia, czy nie. Bywa, że jestem w firmie po 18 godzin, ale dlatego, że sytuacja tego wymaga — przyznaje.
Jednocześnie przekonuje, że jeśli chodzi o jego pracę w Lenteksie, Novicie czy w innej firmie, w której jest zatrudniony, to nie wykorzystuje swojej pozycji udziałowca.
— Równie dobrze, mogę tu jutro nie pracować. Jeśli prezes Majchrzak uzna, że nie wypełniam swoich zadań, to mnie zwolni. Kiedy chodzi o pracę, nie ma znaczenia, czy jest się udziałowcem, tylko czy jest się firmie potrzebnym. Pozostając w firmie jako figurant na stanowisku pracowniczym, ma się bardzo złą opinię. Chcę wiedzieć, że zarabiam na pieniądze, które firma mi płaci — mówi.
Chociaż ciężką pracę inwestorzy na pewno docenią, to jednak samym pracoholizmem nie uda się zdobyć ich serc, a tym bardziej serc menadżerów.
— Moska wie, czego chce i wymaga konkretów. Przyjmuje do wiadomości krytykę. Zresztą spieralem się z nim na różne tematy. Kiedyś, kiedy chciał nam mówić, jak mamy prowadzić linię, powiedziałem mu, że przecież to my znamy się na rynku lotniczym, a nie on. Odpuścił, ale kontrolował nasze poczynania. I był ciekaw, dlaczego akurat tak to robimy, a nie inaczej. Poza tym on ma swoją ideę, jest świetnym partnerem do rozmowy, wymaga ciągłego skupienia uwagi. Chce stworzyć formalną grupę kapitałową w przemyśle lekkim. W rok albo w dwa pewnie mu się uda — mówi Krzysztof Szymański.
Szacunek dla małych
Żeby mu się udało, Moska potrzebuje poparcia. Szuka go u drobnych inwestorów. Podczas naszej rozmowy wielokrotnie podkreśla swój szacunek do nich, chęć rozmowy i porozumienia.
— Dla mnie jest ważne, jak zarząd podchodzi do akcjonariuszy. Jeśli na walne przyjeżdża ich 30, 40, to są oni tak samo ważni, jak ten największy. Tak jest w Lenteksie i to mi się podoba. Bo to też jest wizytówką firmy — mówi.
Potwierdza, że swój majątek buduje na wzroście wartości firm, w których jest akcjonariuszem.
— Padają pytania, ile dostaję premii. Jestem zatrudniony w Prymusie za cztery tysiące złotych, w Lenteksie za cztery tysiące złotych, w Novicie za cztery tysiące złotych i w Hygienice za cztery tysiące złotych. Przez ostatnie dwa lata otrzymałem premię w Lenteksie, bo otrzymał ją cały zakład wykładzin, tak jak każdy w wysokości jednej pensji. Nie otrzymałem nic więcej, nic mniej — przekonuje.
Prowizje za kontrakty?
— Absurd. Nigdy nie chciałem prowizji i nigdy nikt mi tego nie proponował. Gdybym chciał zarobić pieniądze w tych spółkach, w pewnym sensie dla siebie, nie musiałbym się zajmować sprzedażą, ale byłbym członkiem zarządu z wynagrodzeniem niemałym. Nigdy tego nie zrobiłem, bo mam poczucie własnej godności w stosunku do innych akcjonariuszy. Jestem zatrudniony zadaniowo. Tak jak w Hygienice, gdzie chcemy podpisać kilka kontraktów. A że mam dużo kontaktów, to się do tego nadaję — mówi o swojej pracy.
Mówi szczerze? Jeśli ten szczupak chce złapać naprawdę dużą rybę, na pewno potrzebuje pomocy. Jeśli wystarczy mu mniejsza, poradzi sobie sam. Pytanie więc brzmi, jaki Krzysztof Moska ma apetyt, duży czy bardzo duży.
Idea Lublińca
Wydaje się, że tym razem Krzysztof Moska mówi szczerze, a jego zaangażowanie w Lenteksie to więcej niż kolejna spekulacja. Dowód? Twierdzi, że zamierza kupić w Lublińcu dom, żeby mieć bliżej do pracy. Ale jest coś więcej. Kolejna idea. Jedna z większych.
— Złożyłem ofertę zakupu kilkudziesięciu hektarów ziemi w Lublińcu pod park technologiczny. Chciałbym tutaj zbudować fabryki firm, z którymi jestem związany. Dwie czy trzy byłyby związane ze mną. Pozostałe chciałbym budować przez jedną z moich firm, na zlecenie, pod klucz i dzierżawić innym — zdradza plany Krzysztof Moska.
Miasto potwierdza, że oferta wpłynęła. Moska mówi, że jeśli zostanie przyjęta, zacznie prace w przyszłym roku. Chciałby też zbudować hotel, którego w Lublińcu brakuje.
Krzysztof Moska oczarował już drobnych akcjonariuszy. Czy uda mu się oczarować Lubliniec? n
Wojciech Chmielarz
