Pies, jak człowiek, sam się sporo nauczy, ale ogłady nabierze dopiero w szkole. Im lepsza, tym uczeń lepiej ułożony.
Sobotni poranek. Na Polu Mokotowskim niewielu warszawiaków. Uwagę zwraca grupa ludzi i kilka czworonogów. Zajęcia psiego przedszkola. Nie tyle dla zwierząt, ile dla ich opiekunów, jak mówi instruktorka Magda Szymczak. Właścicielką szkoły Cywil jest młoda, drobna blondynka Natalia Goralewska. Lubi psy. One ją chyba też, bo w przerwach przybiegają się z nią bawić. Na zajęcia przychodzą całe rodziny, dlatego sześciu psom kibicuje ponad 20 osób.
Skąd pomysł szkoły? Natalia kilka lat temu chodziła na tresurę ze swoim ogarem Sasem. Ale nie była z niej zadowolona. Psiak niewiele się nauczył i, niestety, wkrótce wpadł pod samochód. Upłynęło trochę czasu. Natalia urodziła syna, odchowała go i zaczęła myśleć o pójściu do pracy. Skończyła studia bankowości i finansów, specjalizacja ubezpieczenia. Ale to nie było to, co chciała robić. Więc może szkoła dla psów, w której uczniowie rzeczywiście się czegoś nauczą?
Nie mogła być instruktorem, bo się na tym nie znała. Napisała do ośrodka szkolącego psy dla policji. Następnego dnia telefon, że są chętni. Trzeba tylko zgody policji na pracę ich fachowców w prywatnej firmie.
— Zgodzili się. Tak powstała szkoła — mówi Natalia.
Pies dobrze ułożony
Magda Szymczak zabiera ludzko-psią zgraję na spacer. Mają się przyzwyczajać do przechodniów i rowerów. Psy, nie właściciele. Cywil Tresura Psów działa trzeci rok. W Warszawie ma czterech instruktorów, dwóch we Wrocławiu i po jednym w Białymstoku oraz w Poznaniu. Kolejne oddziały powstaną, jeśli się znajdą odpowiedni instruktorzy.
— Oni są najważniejsi. Nasi na co dzień szkolą psy policyjne. Moglibyśmy rozwijać firmę szybciej, ale kosztem poziomu. Rozwój zależy od wykwalifikowanych ludzi — mówi Natalia, głaszcząc młodego czekoladowego labradora, który uciekł na chwilę z zajęć.
Psia edukacja w szkole Natalii Goralewskiej wygląda trochę jak ta ludzka. Kilkumiesięczne szczeniaki przychodzą na 16 spotkań do przedszkola. Uczą się podstawowych czynności: zabawy z innymi, chodzenia na smyczy bez szarpania i dobrych relacji z właścicielem. Potem instruktorzy zalecają kilkumiesięczne wakacje. Zwierzę musi trochę spoważnieć. Wtedy przychodzi czas na prawdziwą szkołę — kurs posłuszeństwa. Dwa poziomy kursu to jakby kolejne klasy, w których czworonóg uczy się coraz trudniejszych rzeczy.
— Cieszę się, że z małej szkoły stopniowo robi się większa sieć obejmująca nowe miasta. Lubię tę robotę. Może za jakiś czas stworzę pierwszą ogólnopolską szkołę tresury — planuje Natalia.
Nie wszystko przychodzi łatwo. Natalia przez jakiś czas starała się o rekomendację warszawskiego oddziału Polskiego Związku Kynologicznego. Słała pisma, dzwoniła, ale niczego nie załatwiła. Nikt nie powiedział, na jakich zasadach przyznaje się rekomendacje i jak można się o nie starać.
— Trudno. Od rekomendacji związku bardziej zależy mi na opinii klientów — przekonuje.
Ulotki pocztą pantoflową
Przerwa w spacerze. Psia przedszkolanka Magda ogłasza konkurs na smakołyk. Siadanie na komendę właściciela. Każdy pies w nagrodę dostaje ciastko.
Zdecydowana większość szkoleń odbywa się w weekendy. Natalia nie uczestniczy w każdym. Zawsze jednak z mężem i czteroletnim synkiem przyjeżdżają na egzaminy. Razem z instruktorem oceniają psie postępy, oglądają kolejne konkurencje, na koniec wystawiają certyfikaty. Natalia sama zajmuje się rachunkowością, szuka klientów i rozwozi ulotki. Uważa jednak, że najważniejsza jest reklama szeptana. Niezależnie od tego, jak dużo ulotek trafi do lecznic i ile przeznaczy się na reklamę, i tak najwięcej klientów trafia do szkoły z polecenia znajomych.
— Kilka miesięcy temu przyszła do nas pani ze szczeniakiem yorkiem. Żadna szkoła nie chciała go przyjąć. Magda się skrzywiła, ale postanowiła spróbować. Eksperyment się udał. York po kursie bawił się z innymi dużymi psami. Egzamin zdał świetnie. Pani namawia teraz swoje koleżanki z klubu właścicieli yorków do stworzenia specjalnej grupy dla tych małych psów — mówi Natalia.
Serwis specjalny
Natalia planuje uruchomienie programu VIP dla zamożniejszych rodzin, które chcą mieć psa, ale nie wiedzą, jakiego i jak się nim opiekować. Firma doradzi, jaka rasa spełni oczekiwania przyszłego właściciela, znajdzie odpowiedniego szczeniaka w hodowli, sprowadzi go, zaprowadzi do weterynarza, potem przeszkoli. Coś jeszcze?
— Zastanawiamy się nad profesjonalną hodowlą psów policyjnych i włączaniem innych szkół pod nasz szyld. Chcemy też organizować spotkania naszych instruktorów z psami w szkołach i przedszkolach. Taki nasz wkład w poprawianie świata — uśmiecha się Natalia Goralewska.
Koniec zajęć. Psie rodziny rozmawiają jeszcze chwilę, a ich podopieczni bawią się na polanie. Labradory spoglądają na pobliskie jeziorko, ale wiedzą, że nie wolno im tam pływać. Właściciele przywołują zwierzaki i rozjeżdżają się do domów. Jutro znów przyjdą do szkoły.
Droga do ułożenia
3
poziomy Tyle etapów szkolenia oferuje Cywil Tresura Psów.
76
godz. Tyle trwa cały kurs tresury w szkole Natalii Goralewskiej.
1,4
tys. zł Tyle kosztuje pełny cykl tresury. Za przedszkole i rozszerzony kurs posłuszeństwa zapłacimy po 400 zł, a za podstawowy kurs posłuszeństwa — 600 zł.
Cywil, ale na służbie
„Przygody psa Cywila”, siedmioodcinkowy kryminalno-komediowy serial z początku lat 70., wyreżyserował Krzysztof Szmagier. Tytułowego Cywila zagrał wilczur Beja, nadliczbowy szczeniak z Zakładu Tresury Psów Milicyjnych. Przed śmiercią uratował go nieco nieporadny sierżant milicji Walczak, którego zagrał Krzysztof Litwin. Dorosły Cywil, świetnie wyszkolony przez swego pana, trafił w końcu do milicji. Tropił niebezpiecznych przestępców, ratował ludzi przed wybuchem niewypału, skakał na spadochronie i szukał zaginionych dzieci. W filmie nie brakuje wybuchów, pościgów i niebezpiecznych akcji milicyjnych, z których Cywil prawie zawsze wychodzi bez szwanku. I zawsze wraca do swego opiekuna, nawet z daleka.
