Szkot uwodzi zupami
Piwnica u Szkota w Krakowie kusi polędwicą z grilla w sosie kraciastym i równie kraciastymi spódnicami kelnerów. Położona tuż przy samym Starym Rynku pozwala odetchnąć od trudów zwiedzania i na kilkadziesiąt minut napawać się smakiem galicyjsko-szkockiej kuchni. Jakością dań może śmiało konkurować z najznakomitszymi krakowskimi restauracjami.
Menu jest obszerne i wybranie potraw zajmuje kilka minut. Nic nie szkodzi, bowiem otoczenie jest nad wyraz przyjemne — małe piwniczne sale z intymnym oświetleniem i staroświeckim wystrojem, przypominającym galicyjskie, mieszczańskie domy.
Karta już od pierwszej strony pobudza wyobraźnię. Awokado faszerowane wędzonym łososiem, szparagi z szynką pod beszamelem i w końcu kawior astrachański z cytryną na lodzie (zresztą jedno z najdroższych tu dań — 55 zł) są bardzo smaczne.
Jednak prawdziwa rozkosz dla podniebienia to zupy — z borowików z łazankami podawana jest tu w wydrążonym bochenku chleba. Równie wyśmienita jest szczawiowa — piątka dla kucharza za idealne odtworzenie odchodzących w niepamięć polskich smaków.
Zupy to duma i przekleństwo Restauracji u Szkota. Po nich żadne danie, choćby było wyborne, nie może już smakować. Może więc lepiej solę po szkocku, zapiekaną z szynką i serem oraz maczankę po krakowsku, podawaną ze zbyt wysuszonym schabem i sosem z kminkiem, zostawić na deser.
Obsługa ubrana w tradycyjny szkocki strój jest tu nienaganna. Niepokoi tylko, gdy kelner przy regulowaniu rachunku, znika bez śladu na kilkanaście minut z kartą płatniczą — a jak wiadomo niepokój nie służy trawieniu.