Sztalugi i lampa chirurgiczna

ROZMAWIA DANUTA HERNIK
opublikowano: 2014-02-28 00:00

Dr n. med. Piotr Osuch, specjalista chirurgii plastycznej i ogólnej, współpracujący z Centrum Dermatologii Laserowej i Chirurgii Plastycznej Lasermed w Warszawie, maluje i kocha matematykę. Jak twierdzi, każda z jego pasji wspiera go w pracy zawodowej.

Jak zrodziło się takie renesansowe połączenie zainteresowań?

Moim ulubionym zajęciem było rysowanie postaci z bajek, później portretów znajomych. Ojciec był dobrym rysownikiem i uczył mnie rysunku. Uwielbiałem też matematykę, co zaszczepiła mi mama. Na końcu pojawiła się medycyna. Estetyczna chirurgia plastyczna znajduje się na skrzyżowaniu tych dróg i jest najbardziej wyrafinowanym połączeniem moich pasji. W szkole nauka przychodziła mi łatwo i rodzice nie protestowali, kiedy większość wolnego czasu spędzałem w akademiku Dziekanka z wujem, który studiował w ASP. Niesiony natchnieniem, w oparach terpentyny, tworzyłem… Bardzo często do rana. Zawsze interesowałem się renesansem i jego antyczną wizją człowieka z idealnymi proporcjami i harmonią. Jedną z moich największych inspiracji stały się prace Leonarda da Vinci z jego „złotymi proporcjami” ludzkiego ciała. Z tego dziedzictwa czerpię w pracy z pacjentami. Matematyczne reguły stosuję w chirurgii plastycznej. Oprócz oczywistej koncentracji na proporcjach i detalach, przede wszystkim trzeba się opierać na dokładnych pomiarach i wyliczeniach, bo tylko wtedy można uzyskać dobry rezultat. A notatki chirurga plastyka podczas konsultacji to w dużej części rysunki i szkice. Przed operacją wykonuję rysunki na ciele pacjenta. W świetle lampy chirurgicznej marker zmienia się w skalpel, a pacjent pozwala modelować swoje ciało według uzgodnionego wcześniej planu. Trochę brakuje mi zapachu terpentyny…

Malowanie wymaga celebry. Skąd na to czas u chirurga?

Moją ulubioną techniką były akwarele i olej na płótnie. Wymagają cierpliwości, niestety student medycyny nie ma zbyt dużo czasu. Dlatego musiałem się zadowolić szkicem. Wszystkie moje zeszyty zdobiły drobne portrety, podobizny studentek i wykładowców. Ich karykatury. Szybko odnajdywałem mankamenty urody, które często były źródłem kompleksów tych osób. Teraz w wolnych chwilach, najczęściej na urlopie, rozkładam sztalugi i maluję pejzaże. Portrety i szkice pozostają w dokumentacji medycznej moich pacjentów.

Czy planuje pan wystawiać swoje prace?

Marzyłem, by na 40. urodziny zorganizować wernisaż i pokazać przyjaciołom „40 postaci piękna”. Nie udało się. Nie zdążyłem namalować ostatnich dwóch. Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować pomysł na pięćdziesiątkę, ale kolekcja musiałby być odpowiednio większa.