Sztuka schodzenia

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-06-30 00:00

Góry i finanse. Tu i tam trzeba liczyć. Głównie na siebie. Jak to robi Leszek Cichy?

„Puls Biznesu”: Mount Everest jest brzydki?

Leszek Cichy: Znam wiele o wiele bardziej urzekających szczytów — choćby K2. Przypuszczam, że gdyby Everest był o tysiąc metrów niższy, może ktoś by zrobił pierwsze wejście i na tym koniec. Jest „naj” — to ludzi przyciąga.

Ćwierć wieku temu pan i Krzysztof Wielicki pierwsi weszliście zimą na najwyższą górę. Po was udało się tylko pięciu wspinaczom.

Tamta ekspedycja okazała się niezwykła. Była w ogóle pierwszą zimową wyprawą w Himalaje. Czysto polską, nie licząc Szerpów. Długo się do niej przygotowywaliśmy. Wiedzieliśmy, że nawet jeśli nie zdobędziemy Everestu, to i tak Polacy zostaną tymi, którzy pierwsi zaatakowali go zimą. Na wyprawach każdy zazwyczaj myśli tak: fajnie, jeżeli osiągniemy sukces, ale najfajniej, jeżeli to ja wejdę na szczyt. Po tej wyprawie każdy mógł sobie powiedzieć, że doszedł tam, dokąd mógł, że zdobył Everest swoich możliwości.

Stanęliście na Evereście w ostatniej chwili, bo tego dnia kończyło się pozwolenie Nepalczyków. Zaatakowaliście „w ciemno”?

Tak. Szturmowaliśmy go siedem tygodni. 14 lutego otrzymaliśmy wiadomość, że Ministerstwo Turystyki Nepalu da nam tylko dwa dni na zaatakowanie szczytu. 17 lutego musieliśmy wyprawę zakończyć. Za dużo wysiłku nas kosztowała, abyśmy odpuścili. Wpierw pojawiły się kłopoty z założeniem obozu IV — szturmowego na 8000 metrów, z którego miał nastąpić atak na szczyt. W końcu się udało, ale długo czekaliśmy na dobrą pogodę. 16 lutego w obozie IV zostaliśmy tylko ja i Krzysztof Wielicki. Nasi partnerzy albo zeszli do obozu III, albo się pochorowali i zeszli do bazy. Zresztą wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Krzysztof też pozostał w obozie. Myślałem, że jestem sam.

Pół nocy tłukłem się z myślami, co robić. Do szczytu pozostało 860 metrów. Rano wyszedłem z namiotu i zobaczyłem Krzysztofa. Popatrzyliśmy na siebie i już wiedzieliśmy, że zaryzykujemy. Porywisty wiatr, 41 stopni mrozu... Czekaliśmy na słońce. Przed siódmą — kontakt radiowy z obozem: „Za chwilę opuścimy obóz IV. Będziemy atakować”. Euforia kolegów, życzyli szczęścia. My sobie też! Zabraliśmy po butli z tlenem, regulatory nastawiliśmy na 2 l/min, co dawało nam 7-8 godzin bezpiecznego wspinania. Wybraliśmy trudniejszą drogę, bardziej stromą, za to krótszą. Na wysokości 8500 metrów znaleźliśmy czekan i plecak — prawdopodobnie Raya Geneta, który jesienią, rok wcześniej zginął podczas schodzenia ze szczytu. Szliśmy bez liny, krok po kroku. Ja pierwszy, za mną Krzysiek. Nie widzieliśmy szczytu, tylko biały pył. Pokonywaliśmy lodowe nawisy. Marzyłem, aby każdy następny był tym ostatnim. Nagle o 14.30 na jednym z nich dostrzegłem chiński trianguł. Szczyt!

Jak wygląda radość na 8850 metrach n.p.m.?

Obaj wiedzieliśmy, że nie możemy się jeszcze cieszyć. Sztuką jest wejście, ale jeszcze większą — bezpieczne zejście. Na szczycie byliśmy prawie 40 minut, z czego 30 rozmawialiśmy o tym, jak zejść.

To wszystko? Jakoś tu weszliśmy, więc teraz pomyślmy, jak stąd zejść? A gdzie radość z sukcesu, euforia, choćby ciche hurra?

Radość tłumi obawa przed zejściem. Radość czuje się dopiero na dole, w obozie... W sporcie trzeba umieć przeżyć sukces. Dziwią mnie trenerzy, którzy uczą zawodników, jak przeżywać porażki. Tymczasem wielu sportowców zniszczył właśnie sukces, a nie porażka. To przecież banalne: wygrana nie może być celem samym w sobie, ale drogą do celu, motywacją: co dalej. Naszą motywacją była baza na dole.

Co znaleźliście na szczycie?

W aluminiowym maszcie od namiotu, wbitym w śnieg, zawiniętą w celofan kartkę z pozdrowieniami od Amerykanina z Alaski, Raya Geneta — tego samego na którego czekan i plecak natknęliśmy się podczas wchodzenia. Zostawiliśmy tam swoją — z napisem: „Polish Winter Expedition 80”. Do triangułu przymocowaliśmy termometr minimalny, różaniec papieski i krzyżyk, który dostaliśmy od mamy Staszka Latałły. Zabraliśmy ze sobą garść kamyków. I śnieg dla Krzyśka Jaworowskiego.

Zeszliście szczęśliwie do bazy. Co potem?

Bankiet. Andrzej Zawada, kierownik wyprawy, przypomniał sobie o dwóch szampanach, które dostaliśmy od polskiego ambasadora w Nepalu. Pamiętam, jak przyniósł je z magazynu, delikatnie otworzył... I zamiast wyskakującego korka — cisza. Szampan zamarzł. Musieliśmy go wsadzić do garnka z wrzątkiem.

Ponoć Edward Gierek obraził się na was.

Za telegram do Ojca Świętego. Po zdobyciu Everestu dostaliśmy od Gierka depeszę gratulacyjną, ale wcześniej wysłaliśmy z bazy depeszę do papieża i Jana Godlewskiego, naszego sponsora ze Szwajcarii. W odpowiedzi od papieża dostaliśmy osobisty list z gratulacjami. Tego Gierek nie mógł przeboleć. Za karę nikt nam nie przypiął kawalerskich krzyży zasługi... Dopiero prezydent Kwaśniewski z okazji stulecia alpinizmu polskiego wręczył nam te ordery. Kiedy dziękowałem Kwaśniewskiemu, wyrwało mi się, że dostajemy medal, który odebrała nam władza komunistyczna, a do jej upadku — w pewnym stopniu — przyczynił się on sam. Znałem Kwaśniewskiego z czasów, gdy był ministrem sportu, a my organizowaliśmy zimową wyprawę na K2. Znalazł dla nas jakieś pieniądze... Myślę, że był dobrym ministrem. Pamiętam, że dostało nam się też od Bolesława Kapitana, szefa Głównego Komitetu Kultury Fizyczej i Turystyki — za to, że weszliśmy na Everest dwa dni po zakończeniu zjazdu PZPR, a nie w jego trakcie.

Himalaiści twierdzą, że dopiero zdobycie K2 jest przepustką do elity wspinaczy, nie mówiąc już o koronie Himalajów.

Prawda. Zdobycie Everestu nie wydaje się już wielkim wyczynem, odkąd zaczęły po nim spacerować „wycieczki”. To stosunkowo łatwa góra, latem jej zdobycie nie jest problemem. K2 — pod względem skali wymagań i „jakości” wspinaczki — nie bez kozery uchodzi za znacznie trudniejsze: tu nie ma „jaczej drogi”, po której wspinają się bogaci turyści. Według statystyk znacznie więcej wspinaczy ginie na K2 niż pod Everestem.

Dlaczego na Evereście, Annapurnie, Lhotse czy K2 nie zatknęliście polskiej flagi?

Bo nie zostawia się flag na szczycie. Z praktycznego względu — długo by się nie utrzymały. Tam wieją bardzo silne wiatry. No i szczyt to nie skała, lecz lodowa czapa, a ta latem się topi albo zimą osuwa w dół. A względy moralne? Tam na szczycie jesteśmy tylko gośćmi, nie zdobywamy nowego terytorium, które przejmujemy na własność. Dowodem naszej obecności pozostają zdjęcia.

W „Krzyku kamienia” Wernera Herzoga bohaterowie gotują wrzątek górski. Co to takiego?

Na wysokości 8 tys. metrów woda wrze w temperaturze 65 stopni, więc spokojnie można do wrzątku wsadzić rękę. Herbatę da się zagotować, ale kawa już się nie zaparzy.

Kariera alpinisty już za panem?

Nie! Alpinistą jest się do końca życia. Gdy weszliśmy na Everest, to był światowy wyczyn, ale psychicznie nie uznałem tego za kres swoich możliwości. To bardzo ważne, by ciągle mieć coś przed sobą... Jestem w dobrej formie. Będę się wspinał, chociaż ciągle inni podnoszą poprzeczkę. Niedawno na Everest wszedł 74-letni Japończyk. Sądziłem, że kiedy wejdę po sześćdziesiątce, to będę najstarszy, a tak trzeba będzie utrzymywać dobrą formę jeszcze długo (śmiech). Z Krzysztofem Wielickim planujemy zimowe wejście na K2.

Mnie interesują wyzwania — w sporcie, w biznesie. Stanisław Lem powiedział mnie i Markowi Kamińskiemu: urodziliście się o dwieście lat za późno. Wtedy bylibyście tymi, którzy przechodzą Afrykę w poprzek, odkrywają Australię. Teraz pozostaje wam czekać na loty na Księżyc, na obce planety. Dlatego wciąż poszukuję, właśnie z Markiem, miejsc dziewiczych — jak kiedyś Everest: nieskażonych bytnością ludzi.

W „czasach” Everestu zaczynał pan karierę bankowca. W branży ma pan przydomek „człowiek od zadań specjalnych”.

Himalaista musi być po trosze finansistą, inaczej nie dojechałby nawet do Pruszkowa. A na poważnie: zamieniłem karierę naukowca na Politechnice Warszawskiej na pracę jako stażysta w Polskim Banku Rozwoju, założonym przez Wojciecha Kostrzewę (pierwszy w Polsce bank inwestycyjny). Gdy mój szef Andrzej Podgórski awansował na członka zarządu, po 1,5 roku pracy zostałem zastępcą dyrektora departamentu rynków kapitałowych. Tworzyłem najciekawszy chyba departament w bankowości... Po wchłonięciu PBR przez BRE Bank mój departament przeistoczył się w dom inwestycyjny BRE Banku, a ja znalazłem się w jego zarządzie. No i posypały się propozycje. Jedną otrzymałem od Banku Współpracy Europejskiej. Mały bank, za to bardzo ciekawy projekt... To mnie skusiło. Chodziło o pozyskanie inwestora strategicznego. Pozyskaliśmy bank niemiecki... W BWE pracowałem 2,5 roku.

Dlaczego ciekawy?

Niemcy zgodzili się wejść do BWE na dwa lata, podnieść kapitał o 30 proc. żywą gotówką, przenieść do nas wszystkich klientów. Aleksander Gudzowaty dostał od nich tzw. list of comfort — pozycję najlepszego klienta. Po dwóch latach Niemcy mieli zadecydować, czy po raz kolejny podnieść kapitał banku o 21 proc., czy też pan Gudzowaty może jednym podpisem stwierdzić: nie zgadzam się, i umorzyć po nominale podniesiony kapitał, co oznaczałoby, że przez dwa lata korzystał z darmowego kapitału. Królewskie warunki! Mały bank mógł uzyskać wielki kapitał, obsługiwać duże projekty infrastrukturalne. Niestety, pan Gudzowaty wybrał drugą opcję — i dzisiaj BWE jest nadal małym bankiem.

Jak się pracowało z Aleksandrem Gudzowatym?

Wielu członków zarządu myli pracę w zarządzie z funkcją właścicielską. Jeżeli właścicielowi coś się podoba lub nie, to zarząd może jedynie powiedzieć: albo przyjmij nasze zdanie, albo zmień zarząd. Pan Aleksander zmieniał co roku zarząd. Byłem jedynym członkiem, który złożył dymisję.

I wkrótce znalazł się pan w Kredyt Banku.

Tak, ale na krótko. Weszli Belgowie, były duże napięcia między nimi a Stanisławem Pacukiem, bo mocno ryzykował, wchodził w finansowanie takich przedsięwzięć, od których inne banki uciekały: huty, stocznie... W efekcie któryś rok bank zamknął ponad miliardem złotych strat (to największa strata roczna polskiej firmy). Zrobiłem więc, co miałem zrobić. I odszedłem.

Znowu?

Mnie interesują konkretne zadania, dlatego przechodzę od projektu do projektu, a nie z firmy do firmy. Bardzo ciekawa była praca u Bogusława Cupiała. Padła propozycja: zmiana sposobu finansowania Telefoniki. Firma jest maksymalnie zadłużona, przy niewielkim kapitale własnym, i została przygotowana emisja euroobligacji. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku jeszcze przed wakacjami.

A jak się pracuje z Bogusławem Cupiałem?

Nie chcę mówić o kulisach współpracy, bo — z racji zawodu — muszę zachować dyskrecję, inaczej byłbym niewiarygodny. Bogusław Cupiał jest człowiekiem trudnym, ale osiągnął wielki sukces. Rozstaliśmy się w przyjacielskiej atmosferze. Pamiętam, jak kiedyś mnie zapytał: „Panie Leszeku, jak to jest, Wisłę kupowałem 10 minut, a sprzedaję dwa lata?”.

Co po Telefonice?

Czekam na następne propozycje.

Tak same przychodzą?

Z reguły.

Jest pan takim laufrem w świecie finansów. Nie korciła pana stała posada, gabinet, sekretarka, limuzyna…

Może w końcu się skuszę. Zawsze marzyłem o wolności. Nigdy nie wspinałem się zawodowo za wszelką cenę, nie poświęcałem temu życia. Zawsze było coś jeszcze: rodzina, przyjaciele, przyjemność z pracy. Teraz też nie jestem tylko finansistą. Od paru lat robimy z Markiem Kamińskim wyprawy „szyte na miarę” — dla nieprofesjonalistów. W miejsca nieskażone cywilizacją, autentyczne, a nie lukrowane. Organizowaliśmy już wejścia na Kilimandżaro, Mont Blanc, Elbrus, ostatnio także ekspedycję na Islandię i sześciotysięczniki w Peru. To wyjazdy komercyjne, organizowane głównie pod kątem firm, biznesmenów. Pieniądze zasilają Fundację Marka Kamińskiego.

Miał pan dużo szczęścia — i w górach, i w biznesie. Sam pan to podkreśla. W życiu trzeba mieć fart, by do czegoś dojść. Ludzie, którym coś się nie udaje, często zwalają winę na brak szczęścia.

Trzeba mieć szczęście w życiu, konieczne zwłaszcza w biznesie. Jest jak talent: albo się go ma, albo nie. Wspinam się od 1969 roku. Byłem na najtrudniejszych górach świata. Mimo to udało mi się przeżyć, nie mam nawet większych odmrożeń. Mam szczęście w życiu. Gdy w PBR tworzyłem departament rynków kapitałowych, przyjmowaliśmy młodych ludzi po studiach, bez doświadczeń. Oprócz pytania o kwalifikacje zawsze chciałem się od kandydatów dowiedzieć: czy generalnie masz szczęście w życiu? Coś w tym jest... Wierzę, że są ludzie niosący z sobą aurę szczęścia i tacy, którym w życiu towarzyszy obraz nieszczęścia. Nad każdym projektem pracują ludzie, co twierdzą, że wszystko da się zrobić, ale i tacy, którzy uważają, że nic z tego nie będzie. Ci drudzy — „adwokaci diabła” — mogą być jednak przydatni, bo wyłapują wszelkie ryzyko. Ale to optymiści zdobywają laury.