Umiejętność szybkiego
wyszukiwania w internecie
informacji warta jest po 17,5 mld na głowę. Tyle mają Larry Page i Siergiej Brin, twórcy Google.
Dwóch młodych studentów, znakomite pomysły i garaż. Tak wygląda najprostszy przepis na najbardziej znaną firmę na świecie. Wystarczyła dekada, by Google Inc. z jednej z wielu kalifornijskich foremek wyrósł na globalnego giganta.
Szukanie w stogu siana
W miarę rozwoju internetu wyszukiwanie informacji stawało się coraz kłopotliwsze. Od początku lat 90. powstawały wyszukiwarki ułatwiające to zadanie. Takie jak Archie lub Infoseek (łza się w oku kręci). Były umiarkowanie skuteczne. Aż do połowy lat 90.
Wówczas dwaj studenci Uniwersytetu Stanforda Larry Page i urodzony w ZSRR Siergiej Brin (jego rodzina wyemigrowała z ZSRR w 1979 r., gdy sowieckie władze zaczęły się zgadzać na emigrację Żydów) zaczęli pracować nad własnym sposobem na wyszukiwanie.
Proponowany przez nich algorytm PageRank był skuteczniejszy od istniejących wówczas wyszukiwarek (pierwsze wersje wyszukiwarki funkcjonowały na Uniwersytecie Stanforda od lata 1996 r.), ale żaden z internetowych gigantów nie interesował się zakupem tego narzędzia, chociaż rozmowy z Yahoo zapowiadały się dość obiecująco.
Spławieni czekiem
Page i Brin stanęli przed odwiecznym problemem wynalazców (i nie tylko ich): brak pieniędzy, więc się udali w rejs po inwestorach. Jednym z hojniejszych okazał się współzałożyciel firmy Sun Microsystems Andy Bechtolshein (na zdjęciu u góry), który jako człowiek bardzo zajęty postanowił dość oryginalnie spławić młodziaków.
— Może zamiast wysłuchiwać wszystkich technicznych szczegółów, po prostu wypiszę wam czek? — zaproponował.
Page i Brin nie odmówili. Czek na 100 tys. dolarów trafił do ich szuflady. Wraz z własnymi oszczędnościami, kredytami i datkami od innych sponsorów zebrali milion dolarów. Pojawił się problem. Czek został wystawiony na Google — przeglądarkę. Mogła go zrealizować tylko firma. Dlatego należało ją zarejestrować. Stało się to 7 września 1998 r.
Kiedy Brin i Page myśleli nad nazwą, ich kolega z pokoju Sean Anderson zaproponował „googol” (słowo oznacza 10 do setnej potęgi, czyli jedynkę ze stoma zerami). Miała ona użytkownikom uświadomić, że wyszukiwarka przeszuka olbrzymią ilość danych.
Larry Page, rejestrując nową domenę, zrobił literówkę i zarejestrował swoje dzieło pod nazwą Google. Skądinąd słusznie, bo domena Googol była zajęta.
Page i Brin kupili sprzęt, wynajęli garaż i zatrudnili pierwszego pracownika Craiga Silversteina, dzisiejszego dyrektora ds. technologii.
Internetowy blitzkrieg
Od 1998 r. Google szybko się rozwija. Złośliwi twierdzą, że mnoży się jak wirus komputerowy. Jest dziś najpopularniejszą wyszukiwarką świata. Zaczynała od obsługi 10 tys. zapytań dziennie. Dwa lata później miała 100 mln zapytań dziennie.
O popularności wyszukiwarki zdecydowała nie tylko jej skuteczność, ale także to, że była darmowa. Google zarabia praktycznie tylko na reklamach. Roczne przychody firmy wynoszą kilkanaście miliardów dolarów. Zysk — 4 mld dolarów.
Firma nie spoczywa na laurach. Stworzyła wyszukiwarkę obrazów, google maps i wiele innych. Kilka dni temu (chyba właśnie na swoje dziesiąte urodziny) rzuciła rękawicę Microsoftowi oraz Internet Explorerowi i zaprezentowała własną, darmową przeglądarkę Chrome. I w tym starciu gigan- tów ma poważne szanse na sukces.
Miliardy za literówkę
Marka Google jest dziś najdroższa na świecie. Według szacunków Milward Brown — 86 mld dolarów. Tyle trzeba by zapłacić za nazwę z błędem.
Google zmieniła świat, sposób myślenia oraz sposób funkcjonowania internetu. I zdanie: „Jeśli cze- goś nie ma w Google, to po prostu nie istnieje”, ma w sobie coraz mniej przesady.
