To będzie trudna droga, ale warto się na nią zdecydować — mówi Jan Kułakowski, były główny negocjator o członkostwo RP w UE.
„Puls Biznesu”: Traktat został podpisany, ale w Polsce jest wciąż wiele osób, które nie mają zamiaru odwiedzić lokali wyborczych w dniu referendum. Co powiedziałby Pan, by przekonać tych niezdecydowanych?
Jan Kułakowski: Argumentów na rzecz wstąpienia do Unii jest wiele. Jednak jednym z najważniejszych i coraz bardziej namacalnym jest fakt, że wchodzimy do klubu decydentów. Przecież do tej pory wszelkie decyzje ekonomiczne podejmowane przez „piętnastkę” niemal bezpośrednio wpływały na naszą gospodarkę, a my przyjmowaliśmy pozycję pasywną. Teraz mamy szansę, by to zmienić. Pytanie tylko, czy ją wykorzystamy? Mam nadzieję, że tak.
Istnieje jednak ryzyko, że nie uda się przekroczyć 50-proc. frekwencji, lub — co gorsza — większość głosujących powie Unii „nie”. Nie obawia się Pan takiego scenariusza?
Oczywiście najbardziej niebezpieczna jest większość głosów przeciwko Unii. Taki scenariusz byłby prawdziwą katastrofą, bo oznaczałby potrzebę ustalenia nowych warunków, a więc ponownego uruchomienia procesu negocjacji, tym razem nie z „15” a z „24”. To byłoby dużo trudniejsze wejście i jakoś trudno mi sobie wyobrazić jego przebieg.
A jeżeli powtórzymy scenariusz węgierski, czyli zdecydowane poparcie, ale z frekwencją poniżej 50 proc.?
To będzie trudna sytuacja, ale w przypadku takiego scenariusza ostatecznie o wszystkim zadecyduje Sejm.
A może, póki nie jest za późno, trzeba zmienić akcenty kampanii referendalnej?
Bez wątpienia powinno się bardziej uaktywnić organizacje pozarządowe. Trzeba pokazywać też trudności, bo one bez wątpienia się pojawią. Polacy nie mogą być oszukiwani. To będzie trudna droga, ale to właśnie nią trzeba pójść.