Od ponad tygodnia słynne na cały kraj taśmy związały losy „Pulsu Biznesu” i Władysława Serafina, prezesa Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych. Nie spodziewaliśmy się jednak z ust prezesa aż tak wysokiej wyceny i uznania naszego dziennika za medialnego krezusa.
Podczas wczorajszej konferencji prasowej Władysław Serafin postawił tezę, iż jego nagranie rozmowy z Władysławem Łukasikiem, które w tajemniczy dla niego sposób wyciekło i krążyło po rynku polityczno-medialnym, „kupił Puls Biznesu”. Powtórzył to dwukrotnie, czyli przejęzyczenia nie było. Widocznie już sam tytuł skojarzył mu się z niechybnym przelicytowaniem konkurencji.
Za postawienie niedorzecznej tezy o zakupie należy się pała ze znajomości realiów polskiego rynku prasowego.
Jednak sam wątek wartości nagrania ma pewien sens, z tym że oczywiście nie dla medium je publikującego, zwyczajnie wypełniającego swój społeczny obowiązek, lecz dla podmiotów czy ludzi zdemaskowanych.
Na pewno np. dla krewnych i znajomych PSL-owskiego królika, którzy obecnie przycupnęli w strachu, jak głęboko partyjne podglebie zostanie przeorane.
Sam zaś prezes Serafin, nieskutecznie startujący z list PSL po mandat poselski, w swoich wyjaśnieniach całkiem się zapętlił i nie pamiętał, co mówił wcześniej. Rzucił np. do dziennikarzy retoryczno-dramatyczne pytanie: „Czy pani myśli, że ja tę taśmę nagrałem po to, żeby ją puścić w obieg”? Naprawdę wierzymy, że nie po to, tylko nagranie wymknęło się prezesowi spod kontroli.
Cała wczorajsza konferencja szefa kółek, wspartego przez aliantów z pokrewnych organizacji, przejdzie do podręczników public relations. Będzie akademickim przykładem złamania zasad PR-owych działań antykryzysowych.
Najważniejsza z nich mówi, żeby przede wszystkim sobie bardziej nie szkodzić…