Analitycy mówią o kryzysie linii lotniczych. Tymczasem tani przewoźnicy mają się jak najlepiej, a to dlatego, że mają o połowę niższe koszty od renomowanych rywali.
Podczas gdy najwięksi przewoźnicy lotniczy nie mogą podnieść się z kolan po wrześniowych atakach terrorystycznych, a liczba korzystających z nich pasażerów spadła o jedną piątą, tacy przewoźnicy jak Go czy Ryanair spodziewają się w tym roku dwucyfrowego wzrostu obrotów i zysków.
— Idzie nam lepiej niż kiedykolwiek — przyznaje Michael O'Leary, szef Ryanaira.
Jego firma przewiozła we wrześniu o 10 proc. więcej pasażerów niż w sierpniu i o jedną trzecią więcej niż we wrześniu ubiegłego roku. Brytyjski Go polepszył wyniki o 40 proc. Ta sytuacja znajduje swoje odzwierciedlenie na giełdzie. Ryanair ma obecnie wyższą kapitalizację rynkową niż British Airways.
Tanie linie zawdzięczają swój sukces oszczędności. Ich koszty są o połowę niższe od wielkich przewoźników, którzy — aby wyjść na swoje — muszą mieć zarezerwowane co najmniej dwie trzecie miejsc w samolocie. Poza tym tanie linie nie oferują przelotów transatlantyckich, w których liczba pasażerów spadła najbardziej. Właśnie te trasy stanowiły główne źródło dochodów dużych przewoźników. Wreszcie w wyniku kryzysu duże linie musiały zrezygnować z części połączeń. Wycofanie się z jakiejś trasy tanie linie wykorzystują natychmiast. Kiedy British Airways zmniejszyły liczbę połączeń na trasie Londyn-Belfast, lukę natychmiast wypełnił Easyjet.