Pierwsze Targi Rzeczy Ładnych zorganizowało równo 10 lat temu troje przyjaciół: Ajka Mroczkowska, Anna Pruszyńska i Paweł Stremski. Mieli pomysł, zapał i doświadczenie zdobyte w pracy w innych firmach. Mówią, że kiedy wzięli się za przygotowanie pierwszej edycji targów, w Polsce tego typu wydarzeń jeszcze nie było.
– Jesteśmy uznawani za fenomen. Publiczność pokochała Targi Rzeczy Ładnych, a różnych wydarzeń podobnych do naszego z roku na rok w Polsce przybywa – twierdzi Paweł Stremski, współtwórca i współorganizator Targów Rzeczy Ładnych (TRŁ).
Marki w jednym miejscu
Według niego w 2013 r. rynek związany z dizajnem dopiero się rodził, powstawały pierwsze niezależne marki, które tworzyły autorskie meble, ceramikę, ilustracje – przyjaciele uznali, że to dobry moment, żeby wystartować z projektem dla niewielkich niezależnych polskich firm, które dopiero rozpoczynają działalność.
– Pracując zawodowo, dużo podróżowałam po Europie i odwiedzałam festiwale dizajnu, ale miały inny charakter niż ten, który planowaliśmy zorganizować w Polsce. Tworząc Targi Rzeczy Ładnych, chcieliśmy dać możliwość zaprezentowania się firmom, których nie byłoby stać, żeby pokazać się na targach w Mediolanie czy Paryżu, bo to wydatek rzędu kilku tysięcy euro. Jesteśmy trampoliną, która umożliwia start markom z międzynarodowymi ambicjami i takim, które mają potrzebę zaistnienia najpierw na polskim rynku, zdobycia klientów i rozwinięcia działalności – mówi Ajka Mroczkowska, współtwórczyni i współorganizatorka TRŁ.
Na pomysł, żeby w jednym miejscu zgromadzić ciekawe polskie marki, które zaczęły specjalizować się w rękodziele, modzie i biżuterii, wpadli niemal w tym samym czasie członkowie Grupy Slow: Izabela Miłosz, Maciej Dworak i Piotr Kubinowski. Organizowane przez nich stricte sprzedażowe targi Jestem Slow skierowane są do klienta detalicznego. Podkreślają, że w tym przedsięwzięciu liczą się jednak nie tylko względy biznesowe, lecz także idea slow life, która jest im bliska.
– Istniejemy już prawie 10 lat, bo to, co robimy, jest prawdziwe. Jesteśmy slow i przekonujemy do tej idei innych. Po angielsku slow life oznacza życie w zwolnionym tempie, z dala od codziennej bieganiny w korporacji i niezdrowego jedzenia dostępnego w dużych sklepach. I właśnie ukazaniu takich aspektów życia służą nasze targi – mówi Izabela Miłosz z Grupy Slow.
Pierwszą edycję targów zorganizowano pod nazwą Slow Fashion, ponieważ ideą było pokazywanie polskich marek modowych, które szyły ubrania z materiałów pozyskiwanych z rodzimych manufaktur. Stopniowo rozszerzano ofertę wydarzeń. W 2019 r. Grupa Slow zorganizowała targi Jestem Vintage, które promowały modę z tzw. drugiej ręki.
– Chcieliśmy pokazać, że można mniej i rozważniej konsumować, żeby zadbać o naszą planetę. Targi się przyjęły i zaczęliśmy organizować je cztery razy w roku, wtedy kiedy wymienia się garderobę – mówi Izabela Miłosz.
Na targach pojawiła się też sekcja Jestem Organic związana ze zdrowym polskim jedzeniem od lokalnych dostawców, które łączy idea slow food. Od trzech lat wszystkie wydarzenia targowe skupione są pod wspólną nazwą Jestem Slow.
Przybywa wystawców
Na początku Targi Slow Fashion organizowano w Domu Braci Jabłkowskich w Warszawie. Pierwsze edycje Targów Rzeczy Ładnych odbywały się natomiast w nietypowych przestrzeniach – w nieoddanych do użytku biurowcach, np. Ethos na pl. Trzech Krzyży czy biurowcu Plac Unii w Warszawie oraz w Centrum Praskim Koneser. Wraz ze wzrostem popularności TRŁ przeniosły się do Hali Expo XXI w Warszawie, do Hali Stulecia we Wrocławiu i Hali Amber Expo w Gdańsku. Także tegoroczna grudniowa edycja Targów Jestem Slow odbyła się w większej przestrzeni – na PGE Narodowym w Warszawie.
Powodem jest wzrost zainteresowania targami zarówno zwiedzających, jak i wystawców. Podczas pierwszej edycji targów Jestem Slow wystawiło się 200 firm, w tym roku było ich 350.
Na tegoroczną zimowa edycję Targów Rzeczy Ładnych zgłosiło się aż 900 firm, zakwalifikowało się 300.
– Zgłoszeń zawsze jest tak dużo, że już od pierwszej edycji TRŁ prowadzimy selekcję wystawców. Jakość prezentowanych marek jest dla nas najważniejsza. Kryteria, na które zwracamy uwagę, to oryginalność, jakość produktów, sposób ich wytwarzania i potencjał marketingowy – wymienia Ajka Mroczkowska.
Targi spełniają kilka ról: są szansą dla firm na zaistnienie na rynku, służą nawiązaniu biznesowych kontaktów, znalezieniu klientów i umożliwiają sprzedaż towaru. Wystawcy często sprzedają wszystko już pierwszego dnia imprezy.
– Firmy nie tylko świetnie sprzedają na targach, ale mają też wiele zamówień po imprezie i pełne ręce roboty aż do następnej edycji. Obrót na każdej edycji TRŁ to nawet kilka milionów złotych – mówi Anna Pruszyńska, współorganizatorka TRŁ.
Targi to również impreza branżowa. Uznawane są za radar do wyłapywania nowych trendów i marek. Odwiedzają je licznie projektanci i architekci.
– Od pierwszej edycji przez Targi Rzeczy Ładnych przewinęło się ponad 1800 marek. Od słynnej Manufaktury w Bolesławcu po debiutantów, którzy stworzyli zaledwie jedną udaną kolekcję. Dziś te firmy często robią międzynarodową karierę. Przykładem może być warta obecnie kilkaset milionów euro meblarska marka Tylko, która po latach podbijania Europy niedawno oficjalnie weszła na polski rynek – mówi Paweł Stremski.
Rosną przychody
Z okazji 10-lecia Targów Rzeczy Ładnych organizatorzy postanowili przyznać nagrody najlepszym polskim firmom, które wystawiały tu swoje produkty.
– Wyróżniliśmy 50 marek i przyznaliśmy im nagrody, które nazwaliśmy Ikonami TRŁ. Zdecydowaliśmy też, że będziemy przyznawać doroczną nagrodę za Debiut Roku dla marki, która pojawiła się na targach po raz pierwszy. Chcemy pomóc w promocji firmom nowym na rynku – mówi Anna Pruszyńska.
Targom towarzyszą projekty edukacyjne i wystawowe, a także spotkania i dyskusje. Partnerami są instytucje kulturalne, m.in. Muzeum Narodowe w Warszawie czy Muzeum miasta Gdyni.
Targi to misja, ale również biznes. Każda z edycji TRŁ przynosi prawie 500 tys. zł netto przychodu. Największy dają wydarzenia organizowane w zimie – nawet ponad 700 tys. zł netto. Rentowność wynosi w tym biznesie około 40 proc.
– Rok 2023 zakończymy z ponad 2,7 mln zł przychodów, a w przyszłym roku szacujemy ich wzrost o 30 proc. – do 3,5 mln zł. EBIT 2023 – estymujemy około 1 mln zł netto. Część zysków stale reinwestujemy w rozwój naszej marki, mamy ambitne plany – zapowiada Paweł Stremski.
Organizatorzy targów Jestem Slow podają, że przychód z poszczególnych edycji targów waha się od 100 do 270 tys. zł. Chcą się dalej rozwijać. Szukają nowych pomysłów i planują zwiększanie skali wydarzenia.
Początkowo Targi Rzeczy Ładnych były jedynym biletowanym wydarzeniem tego typu. W tym roku, żeby odwiedzić targi Jestem Slow na Stadionie Narodowym, również trzeba było zapłacić za bilet. Organizatorzy są zdania, że kupno biletów, nawet za niewielką cenę, jest gwarancją dla wystawców, że odwiedzający targi są zainteresowani tematem.
Zarówno TRŁ, jaki i Grupa Slow mają w planach organizację kolejnych imprez w dużych miastach Polski.

Od lat zajmuję się promocją polskich marek i wprowadzaniem ich na Salone del Mobile w Mediolanie, największe na świecie targi wyposażenia wnętrz. Uczestnictwo w tych targach to dla firm otwarcie na świat. Wydarzenie służy przede wszystkim nawiązywaniu kontaktów biznesowych. Uważam, że do takiej skali targów jak te w Mediolanie czy Kolonii jeszcze nam w Polsce daleko. Warszawskie targi w ostatnich latach rozwinęły się, natomiast te najstarsze poznańskie podupadły. Inicjatywy typu Jestem Slow czy Targi Rzeczy Ładnych to raczej rodzaj wydarzeń w formie kiermaszów, na których klient indywidualny może kupić mebel vintage lub produkty wytworzone przez rzemieślników. To również ważne inicjatywy, ale nie zaliczyłabym ich do kategorii targów.
Uważam, że polskie firmy mają szansę być mocne i rozpoznawalne w branży meblarskiej na świecie, jeśli zainwestują w swój rozwój przez dizajn, a nie będą – jak to się dzieje nadal w większości przypadków – podwykonawcą dla innych marek. Oczywiście mamy kilka znanych już na świecie marek meblowych, ale to w porównaniu do ich liczby na mapie kraju jest garstka.
Dziedziną, która świetnie rozwija się w Polsce, jest produkcja płyt ceramicznych, a polskie firmy, np. Tubądzin, już konkurują z najlepszymi włoskimi czy hiszpańskimi. Kolekcje płytek ceramicznych Tubądzina sprzedają się w 80 krajach pod swoją marką. Dzieje się tak dlatego, że marka od lat inwestuje w niepowtarzalne projekty.
Wydaje mi się, że w Polsce producenci jeszcze nie do końca rozumieją, że współpraca z projektantem to dla nich dobry biznes. Warto inwestować w innowacyjne, niepowtarzalne projekty, a co za tym idzie – w wyjątkowe produkty, bo tylko tak można zaistnieć na światowym rynku. Tylko dzięki tej wyjątkowości, jeśli chodzi o jakość i piękno produktu, świat nas zauważy i możemy być konkurencyjni.





