Otwierający wielką majówkę piątek 27 kwietnia zapowiadał się spokojnie, dlatego od dawna został przez władzę przeznaczony na kontakty zagraniczne. Wykazywanie osiągnięć na tym polu stało się ostatnio dla braci Kaczyńskich polityczną obsesją. Przed południem zawitali do Warszawy prezydent Wiktor Juszczenko i żegnający się premier Tony Blair, a o godzinie 16 premier Jarosław Kaczyński miał wystartować w przygotowywaną od miesięcy wyprawę na Bliski Wschód. Ale się to zmieniło — ważne wizyty siłą rzeczy zeszły na plan dalszy, a o następstwach opóźnionego wylotu premiera piszemy obok. Wszystko zdominował finał hucpy pod nazwą wybór nowego marszałka Sejmu. Notabene Marek Jurek na odchodnym wydał grubą Białą Księgę, będącą zapisem jego walki o zmianę Konstytucji RP — w której wykazał niecność postępowania prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Już w pierwszym komentarzu po dymisji Jurka pisaliśmy, że „jedynym realnym kandydatem PiS na nowego marszałka jawi się Ludwik Dorn” — dlatego dla nas finał dwutygodniowej rozgrywki był oczywisty. Cierpiący na syndrom oblężonej twierdzy Jarosław Kaczyński postawił na wiernego towarzysza walki i pracy, z którym razem kładli podwaliny Porozumienia Centrum i Ruchu Odbudowy Polski. Prezes PiS nie zaufa już żadnej politycznej mimozie, która przeskoczyła na jego tratwę z tonącej Akcji Wyborczej Solidarność. A że równie wierny, co charakterny Ludwik niedawno się obraził i nawet rzucił MSWiA — oj,
to tylko incydent, o którym dla dobra IV RP należy szybko zapomnieć.
Na pierwszej konferencji prasowej po wyborze (wygrał z Bronisławem Komorowskim 235:189) marszałek Dorn odpowiedział na pytanie „PB” o kontynuację spraw prowadzonych przez niego na stanowisku rządowym (patrz str. 6). Stwierdził, że właśnie troska o ich dokończenie była głównym powodem jego obiekcji przed
wyrażeniem zgody na objęcie stanowiska marszałka Sejmu. Ale cóż, partia skierowała go na inny odpowiedzialny odcinek, a partii będącej w takim
dołku się nie odmawia.
W poprzedniej kadencji oglądaliśmy już tę sztukę, tyle że w obsadzie aktorskiej z lewej strony sceny. Marszałek Sejmu również pogryzł wtedy karmiącą go rękę, założył oczyszczoną ideologicznie, ale rozbijacką politycznie partię i odszedł ze stanowiska — wspominamy tu przypadek Marka Borowskiego i przegranej Socjaldemokracji Polskiej. Jego następcą w kryzysowej sytuacji został także partyjny człowiek od wszystkiego — Józef Oleksy, wcześniej poróżniony i przeproszony z wodzem Leszkiem Millerem. Laskę marszałka Oleksy przejmował ze stanowiska wicepremiera i szefa MSWiA. Wówczas również było to postrzegane jako znakomita personalna zagrywka, mająca zapobiec upadkowi ekipy rządzącej Polską. Ale życie napisało
i zrealizowało inny scenariusz. Dzisiaj siedzimy na widowni tego samego spektaklu, jedynie obsada się zmieniła.
Jacek Zalewski