Telematyka trafiła do zamrażarki

Mariusz GawrychowskiMariusz Gawrychowski
opublikowano: 2016-03-24 22:00

Dostawcy urządzeń do śledzenia pojazdów czekają na pierwszego ubezpieczyciela, który mocno postawi na telematykę.

Rok temu Link4 ogłosił, że zamierza mocno wejść w telematykę. Za tym pojęciem kryje się wykorzystanie technologii mobilnych do oceny stylu jazdy kierowcy i sprawdzenia położenia jego pojazdu.

Z szumnych zapowiedzi na razie nic nie wyszło. Należące do grupy PZU towarzystwo skasował program wykorzystania telematyki w ubezpieczanych flotach, a w segmencie klientów indywidualnych ograniczyło się do komórkowego rozwiązania, dostarczanego przez NaviExpert. W efekcie telematyka, która w Europie Zachodniej jest jednym z głównych obszarów rozwoju branży ubezpieczeniowej, nad Wisłą trafiła do zamrażarki.

— Ponad 200 firm, które zajmują się w Polsce telematyką, czeka na pierwszego ubezpieczyciela, który postawi na twarde rozwiązania — mówi Paweł Kacperek, redaktor naczelny branżowego magazynu „Connected Life”.

Słomiany zapał

Tomasz Dobkowski, prezes firmy doradczej Audytel, podkreśla, że jeszcze rok temu wydawało się, że telematyczny przełom na polskim rynku ubezpieczeniowym jest bliski. Jego firma włożyła sporo wysiłku w popularyzację technologii wśród ubezpieczycieli.

Rynek był nim mocno zainteresowany, ale szybko okazało się, że to słomiany zapał.

— Można odnieść wrażenie, że wszyscy ubezpieczyciele są gotowi, ale czekają na tego, kto zrobi pierwszy ruch — mówi Tomasz Dobkowski. Jego zdaniem, pionier mógłby liczyć na przyciągnięcia klientów, którzy uważają, że jeżdżą bezpiecznie. Poważną przeszkodą we wprowadzeniu telematyki są jednak koszty. Urządzenie kosztuje około 200 zł, jego instalacja wymaga wizyty w warsztacie, a korzyści dla klientów są niewielkie.

— Przy ubezpieczeniu komunikacyjnym, które kosztuje około 1 tys. zł, sięgnięcie po telematykę nie ma sensu. Jeśli polisa kosztowałaby 2 tys. zł, to ubezpieczyciel mógłby dać zniżkę, która skłoniłaby klienta do sięgnięcia po telematykę — mówi Tomasz Dobkowski. Od pół roku ceny ubezpieczeń komunikacyjnych idą powoli do góry. Jest to efekt gigantycznej straty na tym biznesie, którą spowodowała trwająca trzy lata wojna cenowa. W ubiegłym roku branża straciła ponad 1 mld zł na sprzedaży ubezpieczeń OC. Pod wodą był także wynik autocasco.

Obawy klientów

Konrad Owisiński, ekspert fundacji Innovatio, uważa, że telematyka w Polsce cały czas jest na początku drogi. Jej startowi nie pomagają obawy klientów o to, że będą śledzeni. Tymczasem ubezpieczyciele sięgają tylko po dane o stylu jazdy. Bez zgody klientów nie będą wchodzić w rolę Wielkiego Brata.

— Firmy ubezpieczeniowe chcą zbierać jak najwięcej danych. Nie wiadomo jeszcze, które z nich będą najważniejsze w ocenie stylu jazdy kierowcy. Możliwe, że dynamika jazdy będzie ważniejsza niż prędkość. To nowy obszar dla branży, bo dane policyjne dotyczące wypadków są ułomne — podkreśla Konrad Owisiński.

Mimo że polska branża ubezpieczeniowa nie chce na razie sięgać po rozwiązania telematyczne, nie oznacza to, że technologii nie ma nad Wisłą. Jej dostawcy starają się do niej przekonać floty firmowe, kusząc m.in. możliwością ograniczenia liczby samochodów służbowych czy oszczędnościami w paliwie, a także dokładnym monitorowaniem ruchu pojazdów. Po telematykę siegają także producenci samochodów.

Zmusza ich do tego Unia Europejska, która chce, by od 2018 r. każde nowe auto mogło samodzielnie wezwać pomoc po wypadku, co będzie wymagało geolokalizacji pojazdu i jego ciągłego podłączenia do sieci telekomunikacyjnej. Michał Zarychta z BMW Polska twierdzi, że takie usługi są już dostępne w samochodach niemieckiego producenta. Stara się je rozbudowywać o dodatkowe opcje. W ofercie ma już własny assistance i pracuje nad systemem pomocy dla kierowców, którzy mieli niegroźne stłuczki. © Ⓟ

Możesz zainteresować się również: