Tesco sprzeda część hipermarketów

Brytyjska sieć, która w ostatnich latach zamykała nierentowne supermarkety w Polsce, teraz przymierza się do sprzedaży kilku większych sklepów

 

Przeczytaj tekst i dowiedz się:

  • Dlaczego Tesco sprzeda pięć obiektów handlowych w Polsce
  • Które obiekty idą na sprzedaż
  • Jak jeszcze Tesco szuka w Polsce oszczędności

Tesco sprzeda część hipermarketów

opublikowano: 17-07-2019, 22:00

Brytyjska sieć, która w ostatnich latach zamykała nierentowne supermarkety w Polsce, teraz przymierza się do sprzedaży kilku większych sklepów

By rozwijać się mógł ktoś, ktoś inny musi się zwijać. W ostatnich latach na polskim rynku handlowym bardzo szybko nowe placówki otwierają takie sieci, jak Biedronka, Lidl, Dino, Stokrotka czy Żabka. Tymczasem brytyjskie Tesco, niegdyś rynkowy potentat, sklepy od kilku lat zamyka. Teraz zaczęło je dodatkowo sprzedawać. W tym tygodniu do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) trafił wniosek w sprawie koncentracji. Wynikało z niego, że Tesco przeniesie prawa własności pięciu obiektów handlowych, w których mieszczą się hipermarkety i mniejsze sklepy, do specjalnych wehikułów inwestycyjnych. Następnie wehikuły te staną się własnością grup 4fi i Origami, prowadzących działalność inwestycyjną przede wszystkim na rynku nieruchomości. Z komunikatu mogło wynikać, że Tesco sprzeda jedynie budynki, ale pozostanie w nich najemcą. Okazuje się jednak, że na tym się nie skończy.

Sprzedawanie i zamykanie

„Podjęliśmy decyzję o sprzedaży pięciu naszych hipermarketów międzynarodowemu inwestorowi. Zgodnie z założeniami sklepy zostaną zmodernizowane i otwarte przez inną firmę handlową. O szczegółach będziemy informować w późniejszym okresie” — podało biuro prasowe Tesco w odpowiedzi na nasze pytania.

Tesco nie podaje, o które sklepy chodzi, ale działająca w spółce „Solidarność” informuje, że sprzedane zostaną hipermarkety we Wrocławiu, Warszawie, Lublinie, Chełmie i Krakowie, a dodatkowo zamknięty będzie hipermarket w Gliwicach. Nie wiadomo, która sieć pojawi się w opuszczonych przez Tesco nieruchomościach. O inwestorach również wiadomo niewiele — żaden z nich nie prowadzi obecnie działalności w Polsce, a Origami do tej pory koncentrowało się na rynkach Ameryki Północnej.

Tesco po kilkunastoletnim okresie intensywnego rozwoju w Polsce, którego ukoronowaniem było pionierskie na rynku (i kosztowne) uruchomienie e-sprzedaży w kilkunastu miastach w całym kraju, od 2015 r. skupia się na cięciu kosztów i poprawianiu rentowności. W kwietniu, przy okazji publikacji wyników za ostatni rok finansowy, sieć podała, że w ciągu 12 miesięcy zamknęła w Polsce 62 sklepy. W szczytowym okresie miała ich tu ponad 450, teraz jest ich o około 100 mniej. Przełożyło się to oczywiście na przychody — w ostatnim roku finansowym sięgnęły one 9,61 mld zł i były o 9,2 proc. (czyli prawie 1 mld zł) niższe niż rok wcześniej.

— Traciliśmy dużo pieniędzy w Polsce, co wpływało negatywnie na wyniki w całym regionie. Byliśmy po prostu w złej kondycji — mieliśmy zbyt dużą powierzchnię sprzedaży, wypełnialiśmy ją za szerokim asortymentem, co wymagało zbyt kompleksowej obsługi i dużego kapitału obrotowego, co z kolei przekładało się na wysokie koszty. Na rynku, na którym liczą się niskie ceny, byliśmy zbyt drodzy — powiedział podczas konferencji z analitykami Matt Simister, kierujący Tesco w Europie Środkowej.

Wielkie cięcia

Jeszcze w kwietniu brytyjska sieć informowała, że biznes w Polsce znów stał się rentowny, a powierzchnia sprzedaży nie będzie już znacząco redukowana. Cięcia się jednak nie skończyły. Pod koniec maja ogłoszono, że sieć zamknie cztery sklepy (chodziło również o hipermarkety w Olsztynie, Rudzie Śląskiej, Nowym Sączu i Starogardzie Gdańskim) oraz duże centrum dystrybucyjne pod Poznaniem. Wiąże się to z gigantycznymi zwolnieniami — chodzi bowiem o blisko 1,5 tys. osób. Na początku lipca Solidarność” w Tesco poinformowała o wejściu w spór zbiorowy z pracodawcą. Chodzi o to, że nie przychylił się on do wniosku pracowników w sprawie podwyżki wynagrodzeń z „przyczyn ekonomicznych i kondycji finansowej”.

„Słabe to tłumaczenie. My pracownicy widzimy, że w sklepach w Polsce nie podejmuje się działań, które podniosłyby sprzedaż, a co za tym idzie — zysk. Podczas spotkania w sprawie podwyżki wynagrodzeń pracodawca nie przedstawił żadnych danych, świadczących o złej kondycji finansowej firmy, a jedynie ograniczył się do stwierdzenia, że brak środków finansowych na podwyżkę” — podaje Solidarność.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński