Time-shareing trzeba uregulować prawnie

Dorota Kaczyńska
opublikowano: 2001-08-21 00:00

Time-shareing trzeba uregulować prawnie

Mimo że umowy time-shareingowe są znane w Polsce od ponad 5 lat, nie zdobyły jeszcze dużej popularności. Klientami firm świadczących tego typu usługi są przeważnie duże przedsiębiorstwa.

Alternatywną formą w stosunku do wynajmu czy zakupu obiektów wypoczynkowych jest usługa time-shareing. Klient dokonuje, określonej w umowie, jednorazowej wpłaty, która daje mu prawo do korzystania z domu, pokoju hotelowego lub apartamentu przez określoną ilość tygodni w roku i liczbę lat. Czas używania zależy od inwestora i od prawodawstwa danego kraju. Umowa przewiduje także korzystanie z sieci wymiany, dzięki której klient ma możliwość przebywać w ustalonym czasie w innych apartamentach na całym świecie. Najstarszym systemem wymiany jest RCI.

Prawo użytkowania części hotelu jest porównywalne do prawa majątkowego — jest m.in. zbywalne. Klient, korzystający z time-shareingu może odsprzedać lub wymienić wcześniej wykupione prawo do czasowego korzystania z określonych apartamentów.

Okazja dla inwestora

Na tego rodzaju umowach najbardziej korzystają inwestorzy. Zyskują w ten sposób możliwość zdobycia środków na budowę obiektu za pieniądze jego przyszłych użytkowników, bez konieczności zaciągania drogich kredytów bankowych. Natomiast użytkownik ma zapewnione przez wiele lat miejsce w różnych ośrodkach rekreacyjnych, a przynajmniej teoretycznie, również gwarancję, że cena pobytu nie wzrośnie.

Najczęściej z umów typu time- -share korzystają duże firmy, organizujące wyjazdy motywacyjne dla swoich pracowników.

—W Polsce mamy dwa ośrodki — Klub Misiówka w Murzasichlu oraz Klub Plaza w Darłowie, działające w systemie wymiany RCI. Klienci wykupujący prawo do korzystania z apartamentów mogą używać ich nawet do 2050 r. Zasady korzystania z time-shareingu określa ustawa o ochronie praw konsumenckich z 13 lipca 2000 r. — mówi Arkadiusz Olszowy, dyrektor biura Holiday Travel Center.

Niezbędne regulacje

Jednak zdaniem Krzysztofa Wojtkiewicza, prezesa Polskiej Izby Turystyki, usługi time-shareingowe nie są jeszcze w Polsce dokładnie uregulowane prawnie i nie zabezpieczają we właściwy sposób interesów użytkowników obiektów rekreacyjnych. Klient powierzający inwestorowi swoje pieniądze nie ma całkowitej gwarancji, że w przyszłości nie poniesie straty. Warunki rezygnacji czy wycofania się z umowy są dość restrykcyjne. Dodatkowe niebezpieczeństwo stwarza fakt, iż firmy, z którymi klient podpisuje umowę time-share, same nie budują obiektów rekreacyjnych, a występują jedynie w roli pośrednika.

— Sama idea byłaby dobra, gdyby została jednoznacznie uregulowana prawnie. W krajach Unii Europejskiej tego typu umowy zostały unormowane dwiema dyrektywami nr 94/13 i 93/13. W Polsce taka umowa nie jest jeszcze bezpieczna. Nie reguluje jej ustawa o usługach turystycznych, pozostaje tylko kodeks cywilny i powództwo z artykułu 385. Przy braku jednoznacznych przepisów prawnych, umowa jest regulowana między stronami — ostrzega Krzysztof Wojtkiewicz.

Możesz zainteresować się również: