To bajka, ale jaka!

Robert Rybarczyk
opublikowano: 24-01-2019, 22:00

Zawodowo wiceprezes spółki spożywczej SuperDrob z Karczewa, która ma około 1,5 mld zł obrotu rocznie. Po godzinach Marcin Świąć wchodzi w świat fantasy, w którym rządzą nie liczby i pieniądze, lecz J.R.R. Tolkien, George R.R. Martin i Andrzej Sapkowski.

„Kiedy pan Bilbo Baggins z Bag End oznajmił, że wkrótce zamierza dla uczczenia 111 rocznicy swoich urodzin wydać szczególnie wspaniałe przyjęcie, w całym Hobbitonie poszły w ruch języki i zapanowało wielkie podniecenie” .

Biblioteka pęka w szwach. Marcin Świąć czyta 15, 20 pozycji rocznie. Wiceprezes SuperDrobu przyznaje, że papierowe książki już się nie mieszczą w jego bibliotece. Dlatego teraz kupuje głównie e-booki.
Wyświetl galerię [1/2]

Biblioteka pęka w szwach. Marcin Świąć czyta 15, 20 pozycji rocznie. Wiceprezes SuperDrobu przyznaje, że papierowe książki już się nie mieszczą w jego bibliotece. Dlatego teraz kupuje głównie e-booki. Fot. Marek Wiśniewski

— To pierwsze zdanie z „Wyprawy” J.R.R. Tolkiena. Czytałem ją dziewięć razy, naprawdę! Lubię wracać do książek. Szczególnie tych, które składają się z kilku tomów, tak jak trylogia Tolkiena — przyznaje Marcin Świąć.

Co jeszcze czytał wielokrotnie?

— Serię powieściową Raymonda Feista o świecie Midkemii, cykl Harry’ego Turtledove’a o zaginionym legionie rzymskim, a z naszego podwórka — „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego. „Grę o tron” George’a R.R. Martina również czytałem kilka razy. Ale głównie z tego względu, że to specyficzny pisarz, który każe czekać na kontynuację powieści średnio dwa lata. Pierwsza jego książka, „Gra o tron”, została wydana w Polsce w 1996 r. Wtedy zaczęła się moja przygoda z jego bohaterami. Za każdym razem, kiedy wydawano następną powieść, trzeba było przeczytać poprzednie, aby przypomnieć sobie, o co w tym wszystkim chodzi. Dzisiaj jest prościej: siadasz i oglądasz serial. Co ciekawe, moje zamiłowanie do powrotu do książek nie dotyczy tylko fantasy. „Trylogię” Sienkiewicza również czytałem kilka razy — twierdzi członek zarządu spółki SuperDrob.

Ranking osobisty

Ponieważ czyta wszystko, co wychodzi w literaturze fantasy, gra i ogląda filmy z tego gatunku, ułożył swój własny „Top ranking Marcina Świącia”. Na pierwszym miejscu jest „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena.

— To otwarcie, stworzenie gatunku, pierwowzór dla późniejszych pisarzy. Tolkien pierwszy przeniósł na karty powieści istoty z mitologii nordyckiej, które teraz możemy spotkać prawie w każdej książce fantasy. Mówię o elfach, krasnoludach, orkach. Nadał im cechy, które zostały przyjęte za pewnik przez jego następców. Stworzył też kanon postrzegania świata dla twórców fantasy: walkę dobra ze złem. Większość książek fantasy o tym opowiada. Ich bohaterowie mają określony charakter i jednoznacznie opowiadają się po stronie dobra. Tam wszystko jest biało-czarne w przeciwieństwie do naszego świata. Może to ciągnie ludzi do tego typu literatury? Pewnym odstępstwem jest Martin ze swoją „Grą o tron”. On starał się ludzi z naszego świata, ze wszystkimi ich słabościami, przenieść w świat fantasy. Zrobić go bardziej ludzkim — mówi Marcin Świąć.

Na kolejnych miejscach jego rankingu znalazły się: „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego, „Mistrz magii” Raymonda Feista, „Zaginiony legion” Harry’ego Turtledove’a, „Gra o tron” George'a R.R. Martina, „Ziemiomorze” Ursuli Le Guin, „Z Archiwum X” (film), „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (film), „Baldurs Gate 2” (gra fabularna), „Wiedźmin” (gra), a także dwie pozycje historyczne: „Ja, Klaudiusz” Roberta Gravesa i „Imperator” Conna Igguldena.

— Mieszanka zainteresowań. Jeśli chodzi o fantasy i science fiction, jestem zwolennikiem książek. Niemniej, chyba dla wszystkich miłośników tych gatunków serial „Z Archiwum X” to było coś! Nie gram już zbyt często, nie mam czasu. Ale z dawnych lat pamiętam nieprzespane noce z powodu „Baldurs Gate 2”. Znalazłem też chwilę, by pograć w „Wiedźmina 3”. Chciałem zobaczyć, do czego doszli twórcy gier. Byłem pod wrażeniem. Gra zrobiona perfekcyjnie. Nie dziwią mnie głosy zachwytu nad nią — dodaje Marcin Świąć.

Zakochany w „Hobbicie”

Jego przygoda z literaturą fantasy i science fiction zaczęła się w piątej klasie szkoły podstawowej. Marcin Świąć wspomina, że w latach 80-tych zeszłego wieku nasza rzeczywistość była szara. Telewizja miała dwa kanały, nudne do granic wytrzymałości. Kina lepiej nie wspominać. Komputerów jeszcze nie było. Zostawała książka. Jak większość młodych ludzi przeczytał powieści Edmunda Niziurskiego i Zbigniewa Nienackiego i zaczął się rozglądać, co by jeszcze poczytać. Wtedy chodziło się do biblioteki. Tam też trafił na J.R.R. Tolkiena, najpierw na „Władcę Pierścieni”, potem na „Hobbita”.

— No i zakochałem się w tego typu literaturze. Niestety książek fantasy było wtedy w Polsce jak na lekarstwo. Na szczęście wydawano mnóstwo science fiction. Moje kolejne miłości to Isaac Asimow, Stanisław Lem i Carl Sagan. Trudno powiedzieć, że czytałem książki. Ja je chłonąłem! Jedną w dwa dni. Po dwóch latach musiałem zmienić bibliotekę, bo w pierwszej przeczytałem wszystko, co mnie interesowało. W międzyczasie do fantasy i science fiction dołączyło zainteresowanie starożytnym Rzymem dzięki powieści „Ja, Klaudiusz” Roberta Gravesa — wspomina Marcin Świąć.

Może pod wpływem mrocznych historii ze świata fantasy w czasach licealnych nosił się na czarno i był fanem muzyki z gatunku zimnej fali i czołowego zespołu tego nurtu — The Cure.

— Na początku słuchałem muzyki z gatunku new romantic, zespołów: OMD, Ultravox, Depeche Mode. Potem to ewoluowało do new age i właśnie The Cure, Dead Can Dance, Bauhaus, New Order. Słuchałem również muzyki elektronicznej za sprawą Jeana-Michela Jarre’a. Lata 80-te w Europie Zachodniej i w Polsce to okres buntu. Dzisiejsza młodzież wydaje mi się totalnie zunifikowana. Nie ma miejsca na indywidualizm — uważa Marcin Świąć.

Dziewięć razy „Gwiezdne Wojny”

Z tamtego czasu pozostało mu już tylko zamiłowanie do muzyki elektronicznej. Za to literatura fantasy i science fiction jest wciąż obecna w jego życiu. Ale teraz czyta głównie e-booki.

— Papierowe wersje już się nie mieszczą w mojej bibliotece. Czytam 15, 20 pozycji rocznie. Zdarza mi się mieć dłuższą przerwę, a potem w czasie wakacji przeczytać sześć powieści. Posiadłem umiejętność szybkiego czytania, więc ciekawą książkę mogę „przerobić” w dwa dni. Innym razem męczę się z jedną przez trzy tygodnie. W formie elektronicznej wychodzi mnóstwo pozycji z tych dwóch gatunków. Niestety ilość nie idzie w parze z jakością. Na przykład science fiction strasznie obniżyła loty. Zaufanie odzyskałem dopiero dzięki polskiemu autorowi Robertowi J. Szmitdowi — mówi członek zarządu SuperDrobu.

Przyznaje, że pojawili się też inni dobrzy, polscy pisarze: Robert Wegner, Andrzej Ziemiański, Dariusz Domagalski. Czyta ich twórczość jednym tchem. Ostatnio pochłonął cykl „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta Wegnera i „Drogę królów” Amerykanina Brandona Sandersona.

— Każda książka jest inna. Pierwsza to supercykl polskiego autora. Znajdzie się tam wszystko, co jest charakterystyczne dla tej literatury: drużyna, potyczki, sceny batalistyczne, intryga, walka dobra ze złem. Ta druga to już inna bajka. Jak się zastanowić, większość książek fantasy dzieje się na Ziemi. To znaczy, działają tam takie same prawa fizyki co u nas, może poza magią. Natomiast Sanderson stworzył zupełnie inny świat. Zasiedlony przez ludzi, ale… no właśnie. Jak się przebrnie przez pierwsze 100 stron i połapie się, o co chodzi w tym świecie, to potem z każdą stroną jest już tylko lepiej — uważa Marcin Świąć.

Z filmów „Gwiezdne wojny” (polska premiera w 1979 r.) czy raczej „Star Trek”?

— „Gwiezdne wojny”. Dlaczego? To bajka, ale jaka! Pamiętam jak dzisiaj moje pierwsze spotkanie z „Gwiezdnymi wojnami”. Przyjaciel taty zabrał nas ten film. Staliśmy w ogromnej kolejce na ul. Puławskiej do dawnego kina Moskwa. Informacja dla warszawiaków: kolejka zaczynała się na Puławskiej, ale po drugiej stronie ulicy. Na ten film szło się nie na konkretną godzinę, ale na tą, na którą dostało się bilety. Nadmienię, że w tamtych czasach tego typu film pojawiał się w polskim kinie raz do roku. Po kilku godzinach dostaliśmy bilety. Po następnych dwóch godzinach wyszedłem z kina z wypiekami na twarzy. W nocy nie mogłem spać. Przez rok obejrzałem ten film dziewięć razy. Aby zrozumieć kulturowy szok, jaki wtedy przeżywali Polacy, polecam obejrzeć rosyjski film wojenny z tamtych lat i właśnie „Gwiezdne wojny”. Dlaczego więc „Gwiezdne wojny”, a nie „Star Trek”? Z sentymentu — twierdzi Marcin Świąć.

Drużyna Marcina

Wiceprezes spółki SuperDrob oddaje się nie tylko pracy i swojemu hobby — lubi też wędrować z synami po górach. Razem podróżują po świecie. Co im dały wyprawy „drużyny Marcina”?

— Mile wspominamy nasze wyjazdy do USA. Udało się nam zwiedzić Zachodnie i Wschodnie Wybrzeże podczas dwóch wypraw. W Europie wypad samochodem po północnych Włoszech i Korsyce. Przepiękna wyspa. Góry, plaże, klify, piękne miasta, cudowne krajobrazy, historia... Wszystko w pigułce. Chodziłem z synami po górach, kiedy byli młodsi. Zaliczyliśmy wszystkie większe szczyty w Tatrach z wyjątkiem niebezpiecznych. Nie jestem zwolennikiem dodawania niepotrzebnego ryzyka. Teraz nie starcza czasu. Dziś mężczyźni są zapracowani. Ale taki wypad w góry to świetna okazja, aby się wzajemnie siebie nauczyć i nawiązać więź między ojcem i synami — podkreśla Marcin Świąć.

Drużyna, cel i droga — to też się wpisuje w kulturę fantasy. Magia? W to wiceprezes firmy SuperDrob nie wierzy. Fantasy i science fiction to dla niego tylko odskocznia od codzienności. Nie należy jednak do żadnego klubu, nie uczestniczy w zlotach fanów. W fantasy nie szuka niczego poza rozrywką.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Rybarczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy