To droga, ale korzystna inwestycja

Dorota Czerwińska
opublikowano: 2007-05-18 00:00

Zainwestowali czas i pieniądze. Ale opłacało się. Zagraniczne studia MBA oprócz wiedzy dały im międzynarodowe kontakty i otworzyły drzwi do elity biznesu.

Warto wybrać prestiżową uczelnię europejską lub amerykańską

Zainwestowali czas i pieniądze. Ale opłacało się. Zagraniczne studia MBA oprócz wiedzy dały im międzynarodowe kontakty i otworzyły drzwi do elity biznesu.

Nie jest łatwo dostać się na najlepsze uczelnie oferujące programy MBA. Pawłowi Grząbce to się udało. Zdobył dyplom na Wharton School w USA i na francuskim INSEAD. Przedtem musiał zaprezentować przekonujące CV, zaliczyć test TOEFL z angielskiego, zdać na odpowiednim poziomie test predyspozycji menedżerskich GMAT (Graduate Management Admissions Test) i napisać kilka esejów na zadany temat. Była też rozmowa kwalifikacyjna. Przyjmowali jedną osobę na dwanaście zdających.

Potem musiał zapłacić — bagatela — 42 tys. euro. 20 tys. kosztowało go zakwaterowanie. Na szczęście pomogła firma, w której wtedy pracował.

— Sam zdecydowałem się na te studia, ale firma mnie poparła. Udzieliła rocznego urlopu i za zobowiązanie przepracowania dwóch lat, w połowie sfinansowała. Na uczelni było także wiele programów pomocy finansowej dla studentów — opowiada Paweł Grząbka.

Studia trwały rok. Najpierw sześć miesięcy spędził w Singapurze, potem trzy we Francji i kolejne trzy w USA.

Inny menedżer, Witold Hruzewicz, żeby studiować MBA, przerwał na dwa lata karierę zawodową w Stanach. Wybrał MBA w barcelońskiej IESE Business School.

— To jedna z najlepszych europejskich szkół biznesu. Poza tym w ciekawym mieście. Ważne były też koszty. W 2000 roku, kiedy podjąłem tam naukę, Hiszpania była tania. Studia kosztowały mnie około 15 tysięcy euro rocznie plus koszty utrzymania — mówi Hruzewicz.

Inwestycja firmy

Bywa, że studia za granicą organizują i opłacają pracownikom firmy. To dobry sposób na motywowanie i rozwój kadry menedżerskiej. Tak było z Jakubem Madejem z Cemeksu i z Wojciechem Drzymałą z KPMG. Ich firmy wraz z elitarnymi uczelniami stworzyły specjalne programy.

— Tuż przed wysłaniem mnie na studia MBA (program CIMP-CEMEX International Management Program) firma awansowała mnie na kierownika ds. planowania strategicznego. Z wykształcenia jestem finansistą. Wcześniej zajmowałem się rachunkowością. Wytypował mnie mój szef, co jednak nie oznaczało, że automatycznie zostanę studentem. Musiałem złożyć wniosek, przygotować dwa projekty dotyczące Cemeksu i napisać, jak zamierzam wykorzystać studia w praktyce — opowiada Jakub Madej. Jego firma skorzystała z pomocy trzech ośrodków naukowych: Stanford w USA, INSEAD we Francji i Tecnologico de Monterey w Meksyku. W każdym z tych ośrodków spędził kilka tygodni.

— W mojej grupie byli m.in. menedżerowie z Egiptu, Meksyku, Wielkiej Brytanii i Wenezueli. Program był nie tylko międzynarodowy, ale także międzydyscyplinarny. Oprócz kilkutygodniowych zjazdów na uczelniach, pracowaliśmy wspólnie w cyberprzestrzeni — wspomina Jakub Madej.

Łatwo nie było

Wojciech Drzymała, senior manager w dziale audytu KPMG, nim został przez firmę skierowany na studia Executive MBA szkoły ENPC we Francji oraz Uniwerystetu w Bristolu, zdobył certyfikat ACCA.

— W ciągu dwóch lat miałem 14 egzaminów. Zajęcia odbywały się podczas dwóch kilkutygodniowych zjazdów w Anglii i Niemczech. Ale między nimi, wyposażony w listę lektur i artykułów, musiałem sporo uczyć się w domu, a także napisać pracę dyplomową — mówi Wojciech Drzymała.

Paweł Grząbka miał kilkuletnie doświadczenie w pracy w międzynarodowej firmie konsultingowej.

— Skończyłem Akademię Ekonomiczną w Poznaniu i biznes międzynarodowy na Uniwersytecie w Tilburgu w Holandii. Miałem nadzieję, że MBA to będzie łatwizna. Nauka trwała jednak od rana do wieczora — opowiada Paweł Grząbka, dziś członek zarządu CEE Property Group, gdzie odpowiada za dział inwestycyjny i nowe przedsięwzięcia.

Same korzyści

Wojciech Drzymała między innymi dzięki studiom awansował. Witold Hruzewicz po uzyskaniu dyplomu dostał kilka propozycji pracy, także z Polski. Po 15 latach pobytu w Stanach postanowił wrócić do kraju.

— Za chwilę mieliśmy się znaleźć w UE. To oznaczało dużo interesujących zmian. W Stanach zajmowałem się biotechnologią. W Polsce zacząłem pracę w firmie konsultingowej McKinsey & Company. Zmieniłem zawód — mówi Witold Hruzewicz, który dziś prowadzi własną firmę doradztwa strategicznego Azimutus Associates.

Absolwenci zagranicznych MBA chwalą formę zajęć.

— Są interaktywne. Pracuje się na konkretnych przypadkach. Analizuje się je i dyskutuje, próbując odpowiedzieć na pytania, czy zastosowane rozwiązania były optymalne —opowiada menedżer z KPMG.

Dlaczego nie zdecydowali się na studia w Polsce?

— Jestem z wykształcenia ekonomistą. Miałbym prawdopodobnie tych samych wykładowców co na studiach magisterskich. Nie jestem pewny, czy byłaby to wartość dodana —twierdzi Wojciech Drzymała.

— Zachodni wykładowcy to praktycy. Sami prowadzą biznes lub doradzają dużym firmom — dodaje Paweł Grząbka.

Dla Witolda Hruzewicza MBA w Barcelonie okazały się długoterminową inwestycją.

— Współpracuję z kolegami ze studiów i z moimi wykładowcami. Na mój ślub przyjechało 40 absolwentów IESE z 16 krajów — uśmiecha się Witold Hruzewicz.