To nie wszystko jedno

Jacek Zalewski
opublikowano: 16-10-2006, 00:00

Zaplanowana od dawna wizyta przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso w Warszawie pechowo przypadła w samym szczycie naszego politycznego piekiełka. Nawet w kontekście unijnym zdominowana została zaskakującą informacją o uczestnictwie prezydenta Lecha — a nie premiera Jarosława — Kaczyńskiego w nadchodzącym szczycie energetycznym w Lahti.

Przypomnijmy, że Rada Europejska z założenia gromadzi unijnych premierów. Prezydenci przyjeżdżają tylko z państw, w których są konstytucyjnie umocowani jako szefowie władzy wykonawczej — dotyczy to Francji i Finlandii, a z nowych członków Łotwy i Litwy. U nas od początku ukształtował się naturalny podział — prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych obstawia Sojusz Północnoatlantycki, a premier Unię Europejską. Jednak w minionych latach Aleksander Kwaśniewski dwa razy spychał premiera Leszka Millera na drugi plan w UE: podczas podpisywania traktatu akcesyjnego w Atenach dosłownie stał mu nad głową, w Dublinie zaś obaj panowie 1 maja 2004 r. wydzierali sobie polską flagę. Oficjalnym przewodniczącym delegacji prezydent był tylko raz, na szczycie Unii i Ameryki Łacińskiej w maju 2004 r. w Guadalajarze, a to z powodu nieudzielenia przez Sejm wotum zaufania premierowi Markowi Belce.

W obecnej sytuacji, gdy obaj decydenci mogą omówić meandry polityki zagranicznej na niedzielnym obiedzie u mamy, a dla partnerów ze świata realnie różnią się pieprzykiem na policzku — taka nieoczekiwana zmiana miejsc nie powinna mieć znaczenia. A jednak ma, w kontekście przyszłościowym. Dzisiaj każda teza prezydenta — na przykład „Polska w pierwszej połowie przyszłego roku aktywnie się włączy w proces szukania rozwiązania związanego z faktem, że traktat europejski został oddalony w referendum francuskim czy też holenderskim oraz że są inne kraje, które również mają wątpliwości” — traktowana jest przez rząd, a zwłaszcza MSZ, jako rozkaz. Sytuacja radykalnie zmieniłaby się, gdyby jednak doszło do przedterminowych wyborów i PiS straciłoby władzę.

Piątkowy szczyt w Lahti ma status nie formalnego posiedzenia Rady Europejskiej, ale spotkania informacyjnego głów państw i szefów rządów. Merytorycznie wychodzi na to samo, jednak protokolarnie różnica jest istotna. Lech Kaczyński słusznie postrzega zaopatrzenie energetyczne w kategoriach bezpieczeństwa państwa, czyli blisko celów NATO. To jedna z przyczyn jego wyjazdu do Lahti, ale nie najważniejsza. Idzie głównie o to, że prezydent stoi na stabilnym gruncie kadencyjnym, premier natomiast coraz bardziej grzęźnie w ruchomych piaskach — a fińskim gospodarzom potrzebny był wreszcie jakiś konkret. Powrócił syndrom Guadalajary sprzed dwóch lat, przy czym ten szczyt jest oczywiście nieporównanie ważniejszy od tamtego.

Powodem pobocznym, bezzasadnie komentowanym w kategoriach sensacji, jest okazja do fizycznego spotkania się Lecha Kaczyńskiego z Władimirem Putinem. Prezydent Rosji przyjedzie do Lahti tylko na roboczy obiad po zakończeniu obrad przywódców UE, przekaże im swoją wizję współpracy energetycznej oraz ustawi się do familijnego zdjęcia. I nie pozwoli nikomu na nic więcej, poza standardowym shake handem, chłodno wymienionym przez niego ze wszystkimi szefami unijnych delegacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu