Czytasz dzięki

To nie wybory, lecz plebiscyt

opublikowano: 25-06-2020, 22:00

Tytuł dotyczy przeprowadzanych na świecie uczciwych wyborów bezpośrednich prezydenta, w których głowa państwa ubiega się o drugą kadencję.

Taki limit sprawowania władzy jest miernikiem poziomu demokracji, od trzeciej zaczyna się już satrapia. Notabene w USA maksimum dwóch kadencji było przez półtora wieku jedynie… umową społeczną, dwóch prezydentów niehonorowo usiłowało ją zerwać, ale sromotnie przegrali. Podczas drugiej wojny światowej Franklin D. Roosevelt wyjątkowo został wybrany trzeci i czwarty raz, jednak zaraz po wojnie przyjęto XXII poprawkę konstytucyjną, na zawsze wykluczającą przedłużanie władzy. U nas po wprowadzeniu w 1990 r. wyborów bezpośrednich prezydenta limit dwóch kadencji (ustalono je pięcioletnie) od razu stał się konstytucyjną oczywistością.

Urzędujący prezydent to kandydat formalnie równy pozostałym, ale jego realna przewaga jest gigantyczna. Z drugiej jednak strony — ciągnie go w dół bagaż błędów z kończącej się kadencji. Zbiorowy sędzia wyważa sukcesy i porażki, odpowiadając w narodowym plebiscycie na pytanie, czy dotychczasowy lokator np. Białego Domu, Pałacu Elizejskiego lub naszego Pałacu Prezydenckiego zasługuje na przedłużenie umowy o pracę, czy należy mu podziękować. Wielkim paradoksem polityczno-historycznym bywa wcale nie tak rzadka okoliczność, gdy dla wyborców mniej ważne staje się… kto będzie następcą.

Plebiscytowy werdykt częściej okazuje się dla urzędującego władcy pozytywny. Chociaż dużo zależy od tradycji państwa oraz zbiorowego temperamentu społecznego. W Stanach Zjednoczonych prezydenci raczej wygrywają, chyba że zapracują na wizerunek słabeusza, jak np. Jimmy Carter czy George H.W. Bush (ojciec). Ostatnio bardzo kapryśni stali się Francuzi, po jednej pięciolatce ich prezydenci wylatują, i ci z prawicy, i ci z lewicy. Na tle znacznie starszych demokracji młoda III Rzeczpospolita Polska lokuje się jednak bliżej Francji... Spośród czterech prezydentów po 1990 r. — Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski przepadli, nietypowy zaś był przypadek śp. Lecha Kaczyńskiego. Jego beznadziejne sondaże jeszcze przed katastrofą smoleńską oraz późniejszy rzeczywisty wynik Jarosława Kaczyńskiego wskazują, że gdyby nie doszło do tragedii 10 kwietnia — jesienią Lech nie miałby szans, wtedy PO była na fali. Na drugim prezydenckim biegunie jako jedyny błyszczy Aleksander Kwaśniewski, który reelekcję uzyskał właściwie automatycznie i od razu w pierwszej turze.

Jak w tym kontekście może wyglądać wynik plebiscytu w sprawie posady Andrzeja Dudy? Przede wszystkim musi się on pozbyć mrzonek o reelekcji już w najbliższą niedzielę. Krzyki „Pierwsza tura!” grupek najbardziej zagorzałych zwolenników to daremne zaklinanie rzeczywistości. Dosyć stabilne sondaże logicznie podpowiadają, że 28 czerwca spersonalizowane wyniki powinny być projekcją uzyskanych przez partie w wyborach parlamentarnych 13 października 2019 r. Przy czym chodzi o zbiorcze wyniki do Sejmu, bo wybory jednomandatowe do Senatu to jednak inny mechanizm. Wynika z tego, że kandydat PiS oczywiście będzie pierwszy, ale z liczbą głosów w urnach mniejszą niż suma zebranych przez dziesięciu pozostałych. Dalej projekcja liczby mandatów z Sejmu wskazuje, że na drugim miejscu znajdzie się Rafał Trzaskowski. Reszta kandydatów jest milczeniem… Wniosek końcowy zaś nie może być oryginalny czy odkrywczy — rozstrzygająca druga tura narodowego plebiscytu czeka nas 12 lipca.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane