To taki kryminalny yeti

Dawid Tokarz
03-02-2006, 00:00

Najwięcej brudnych pieniędzy bierze się z podatkowych oszustw. W Polsce szarą strefę szacuje się nawet na 30 proc. PKB.

„Puls Biznesu”: Skąd się biorą brudne pieniądze?

Mł. insp. dr Wiesław Jasiński: Z przestępstw oczywiście. Jeszcze niedawno uważano, że tylko z takich jak handel narkotykami i bronią, przemyt czy porwania dla okupu. Dziś już z definicji powszechnie uznaje się za brudne pieniądze pochodzące z każdego czynu zabronionego. Najwięcej ich przynoszą nie przestępstwa czysto kryminalne, ale podatkowe. Vide: polska mafia paliwowa.

A korupcja?

To jedno z najważniejszych źródeł brudnych pieniędzy. W wydziale do walki z korupcją przestępczości gospodarczej w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku prowadziliśmy śledztwo dotyczące korupcji przy zdawaniu egzaminów na prawo jazdy. Proceder był powszechny, a cena tej „usługi” wahała się od 1 tys. do 3,5 tys. zł. Dziesięć procent zeznających potwierdziło wręczenie łapówki. Rocznie w Pomorskiem egzamin na prawo jazdy zdaje 90 tys. osób. Jeśli 10 procent wszystkich — czyli 9 tys. — wręcza średnio po, powiedzmy, 2 tys. zł, to tylko z jednego rodzaju przestępstwa w jednym województwie mamy 18 mln brudnych złotych, które muszą być wyprane, czyli wprowadzone do legalnego obrotu…

Specjaliści z Financial Action Task Force on Money Laundering (FATF) kilka lat temu szacowali proceder prania brudnych pieniędzy w Polsce na 3 mld USD rocznie — w wariancie optymistycznym i aż 9 mld USD — w pesymistycznym. Transparency International podaje kwotę 2,5 mld USD. To ile wreszcie w Polsce pierze się tych pieniędzy?

Tego nie wie nikt. Pranie brudnych pieniędzy to taki kryminalny yeti — wszyscy o tej postaci mówią, ale nikt jej nie widział. Według mnie 2,5 mld dolarów to raczej zbyt optymistyczne szacunki. W Polsce utrzymuje się bardzo duża szara strefa, szacowana nawet na 30 proc. PKB. A przecież wszystkie światowe badania pokazują ścisły związek między szarą strefą a praniem brudnych pieniędzy… Jedno jest pewne: trzeba opracować metodologię, która pozwoli na lepsze oszacowanie tego zjawiska. Nie ukrywam, że kierowany przeze mnie instytut już nad tym pracuje.

Załóżmy, że się uda — i będziemy wiedzieć dokładniej, ile się pierze. I co nam z tego przyjdzie?

Kiedy lepiej poznamy, „zmierzymy” ten proceder, lepiej ocenimy poszczególne podmioty, odpowiedzialne za walkę z nim — takie jak Generalny Inspektor Informacji Finansowej (GIIF) czy organa ścigania.

GIIF radzi sobie nieźle... Z roku na rok wychwytuje coraz więcej podejrzanych transakcji, a biurka prokuratorów zasypują zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa…

Po powstaniu GIIF w czerwcu 2001 r. walka z praniem brudnych pieniędzy rzeczywiście nabrała dynamiki. Widać to choćby po liczbie spraw w prokuraturach czy aktach oskarżenia w sądach. Pojawiły się też pierwsze prawomocne wyroki skazujące, czego wcześniej nie było. A GIIF ugruntował swą pozycję — tak że dziś pomaga budować system przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy w państwach spoza UE.

Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Wciąż nie jesteśmy członkiem FATF…

Tym akurat specjalnie bym się nie przejmował. Ustawę przeciwdziałającą praniu brudnych pieniędzy uchwaliliśmy jako ostatni z nowych członków UE, a wyprzedziły nas nawet kraje do dziś pozostające poza UE — takie jak Bułgaria czy Rumunia. To może być powód naszego pozostawania poza FATF.

Opóźnienie w przyjęciu rozwiązań prawnych jest zastanawiające. Szczególnie że wśród podejrzanych o pranie brudnych pieniędzy aż roi się od polityków…

Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale pierwszy projekt ustawy penalizującej pranie pieniędzy przedstawiło ówczesne Porozumienie Centrum już w 1991 r. Niedługo potem tamten Sejm został rozwiązany i pomysł upadł. Pranie pieniędzy stało się przestępstwem dopiero w 1995 r., a ustawę o przeciwdziałaniu temu procederowi przyjęto wreszcie w 2000 r.

Dobrą?

Dobrą. Na tle innych krajów wyglądamy nieźle. Szybko wprowadziliśmy zalecenie FATF — o tym, że brudne są też pieniądze pochodzące z „nieujawnionych źródeł”. W kodeksie karnym w lipcu 2003 r. pojawił się zaś przepis, zgodnie z którym to nie organa ścigania mają udowodnić, że zabezpieczony w śledztwie majątek pochodzi z przestępstwa, ale przestępca musi udowodnić, że nie pochodzi.

Te przepisy są jednak prawie niestosowane. Tajemnica poliszynela: przestępcy wciąż przeliczają wyprane pieniądze na czas spędzony w więzieniu i wychodzi im dniówka, dla której warto siedzieć…

Praktyka rzeczywiście kuleje. To, czego nam potrzeba najpilniej, to więcej dobrej woli i zaangażowania ze strony analityków GIIF, prokuratorów i policjantów. A że można — udowadnia przykład afery wokół wydawnictwa Stella Maris. Mimo że w oszustwach — m.in. praniu pieniędzy — maczało palce wielu biznesmenów i polityków wszystkich opcji, a pieniądze przelewano wielokrotnie na różne konta — także te w tzw. rajach podatkowych — to młodzi prokuratorzy potrafili nie tylko gonić, ale też złapać króliczka.

Na co dzień nie jest tak różowo. Przypomnę postępowanie, w którym zawiadamiający — wywiadownia gospodarcza — wniósł nawet o przesłuchanie pana w roli biegłego. Sprawa dotyczy podejrzenia prania pieniędzy z wykorzystaniem rajów podatkowych — przez firmy powiązane z byłym szefem PZU Życie Grzegorzem Wieczerzakiem. Śledztwo przerzucane było od Annasza do Kajfasza. Ostatecznie trafiło do jednej ze stołecznych prokuratur rejonowych. Prowadzący sprawę śledczy nieoficjalnie przyznaje, że sobie z nią nie poradzi, a przełożeni wyznaczyli mu inne zadanie: znaleźć podstawę do umorzenia. Zapewne nie przybędzie panu zajęć…

Mogę tylko powtórzyć: trzeba dużo dobrej woli i zaangażowania. Tym razem tego właśnie zabrakło, o czym świadczy m.in. powierzenie śledztwa prokuraturze rejonowej. Organa ścigania nie mogą się bać spraw, które trafiają do nich nie z GIIF, ale od innych podmiotów. A tak było — jak rozumiem — w tym wypadku. Zdecydowana większość śledztw prowadzona jest u nas na zasadzie łańcuszka: od transakcji, za pomocą której pieniądze się pierze, do przestępstwa źródłowego, które to te środki przynosi. A przecież przepływy pieniężne — z pomocą GIIF — można też śledzić w drugą stronę. Poprawę mogłoby przynieść choćby delegowanie do pracy w GIIF po kilku najlepszych policjantów i prokuratorów.

Specjaliści ciągle narzekają na kiepską współpracę między bankami, GIIF a organami ścigania…

Bywa różnie. Są już pozytywne przykłady. W Gdańsku — przy budowie centrum handlowego — wystawiono faktury za usługi, których nie było. Jeden z banków zauważył, że na martwym rachunku nagle zaczęły pojawiać się duże kwoty — i powiadomił GIIF. Ten od razu zwrócił się do prokuratury, a ta — wspólnie z CBŚ — szybko wykryła ciąg transakcji: oto wyłudzone pieniądze wędrowały m.in. przez Katowice i Płock, by znów trafić do Gdańska do organizatorów procederu. W kilka dni zablokowano ponad 1 mln zł i uniemożliwiono kolejne oszustwo na większą skalę. Modelowy HaRM.

HaRM?

Hit and Run Money — sposób opracowany w Holandii. Przykład? Firma ni stąd, ni zowąd zaczyna mieć olbrzymie obroty, a jej właściciel przychodzi do banku, chcąc wymienić euro na funty. Bankowcy umawiają się z nim na następny dzień, transakcja — zgodnie z planem — jest realizowana, ale po wyjściu z banku delikwent jest zatrzymywany — jakby na gorącym uczynku. W praktyce tak banalne przypadki zdarzają się rzadko, ale nawet w bardziej skomplikowanych sprawach trzeba tak działać. Nie wystarczy namierzenie brudnych pieniędzy, trzeba je przejąć. A to może zapewnić jedynie szybkość działania!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / To taki kryminalny yeti