Tomasz Misiak: jestem ofiarą, a nie hersztem gangu

opublikowano: 17-11-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

O potyczkach z żoną i prokuraturą, rozliczeniach z PFRON i próbie szantażu na 20 mln EUR — mówi Tomasz Misiak, przedsiębiorca.

Przeczytaj wywiad z Tomasz Misiakiem, w którym:

  • opowiada o tym, od czego zaczęło się śledztwo, które doprowadziło do próby aresztowania
  • ujawnia, kto i jak próbował wymusić na nim zapłacenie 20 mln EUR
  • opisuje mechanizm rozliczeń jego spółki z PFRON
  • relacjonuje kulisy zatrzymania

Tomasz Misiak jest jednym z założycieli firmy Work Service, która jako agencja pracy tymczasowej świadczyła usługi pośrednictwa i outsourcingu pracy. Powstała w 1999 r., szybko rosła i odważnie wchodziła na zagraniczne rynki przez przejęcia. W 2012 r. zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, rok później ponad 100 mln zł zainwestował w nią fundusz private equity. W szczycie jej giełdowa wycena przekraczała 1,5 mld zł. Kilka lat później zaczęła mieć problemy z płynnością i musiała ratować się wyprzedażą aktywów. Ostatecznie Tomasz Misiak i inni założyciele sprzedali firmę przy wycenie… 20 mln zł. 12 października grupa kluczowych menedżerów, którzy zarządzali spółką w różnych latach: Tomasz Misiak, Tomasz Hanczarek, Maciej Witucki, Iwona Szmitkowska i Krzysztof Inglot, została zatrzymana przez służby, a prokuratura złożyła wobec czwórki z nich (z wyjątkiem Krzysztofa Inglota) wniosek o areszt. Oficjalnie nie podała szczegółów zarzutów, według nieoficjalnych ustaleń PB zarzuciła im wyłudzenie 42 mln zł dotacji z PFRON, zaniżanie składek na ZUS, wyprowadzanie pieniędzy ze spółki i działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Według ustaleń Onetu zarzuty oparte są na zeznaniach żony Tomasza Misiaka, z którą od ponad pięciu lat prowadzi burzliwą sprawę rozwodową. Sądy dwóch instancji odrzuciły wniosek prokuratury i menedżerowie będą odpowiadali z wolnej stopy. Sąd pierwszej instancji nie zastosował żadnych środków zapobiegawczych, a w uzasadnieniu, do którego dotarliśmy, napisał, że „zgromadzone na obecnym etapie dowody nie uprawdopodabniają w stopniu wymaganym przepisem popełnienia przez podejrzanego zarzucanego czynu”. Wytknął też prokuraturze, że zarzuty opiera na dowodach, których „wiarygodność budzi zasadnicze wątpliwości”. Na koniec wypunktował, że „areszt nie może być stosowany dla wygody prokuratury” oraz że ma „chronić prawidłowy tok postępowania, które jest aktualnie prowadzone, a nie które ma być prowadzone”, podczas gdy prokuratura motywując wniosek o areszt wykazywała „hipotetyczne” i niesprecyzowane zamiary kontynuowania śledztwa. Sąd drugiej instancji był nieco bardziej przychylny wnioskowi prokuratury, bowiem zastosował poręcznie majątkowe 200 tys. zł, zakazał opuszczania kraju i wyznaczył dozór policyjny raz w tygodniu.

Marek Wiśniewski

Z uwagi na trwające postępowanie Tomasz Misiak nie chciał rozmawiać o zarzutach, ale zgodził się przedstawić swoją wersję wydarzeń i odsłonić kulisy funkcjonowania firmy.

Jak przebiegała akcja zatrzymania pana przez służby?

Funkcjonariusze CBŚ zachowywali się bardzo profesjonalnie, było spokojnie. Choć oczywiście taka sytuacja jest ogromnie stresująca i niekomfortowa dla osoby, która nie jest przestępcą.

CBŚ? Zazwyczaj zatrzymania przeprowadza CBA…

Myślę, że chodziło o obrazki. Słyszałem wydawane funkcjonariuszom polecenia, żeby tak prowadzili akcję, aby w kamerach były widoczne emblematy służb, kominiarki…

Potem 48 godzin oczekiwania w areszcie…

W praktyce 72, bo prokuratura może zatrzymać na 48, ale sąd ma 24 godziny na rozpatrzenie wniosku o areszt.

Co się wtedy myśli? Obawiał się pan decyzji sądu?

Człowiek w takich momentach zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest całkowicie pozbawiona logiki. Z jednej strony wiesz, że nie złamałeś prawa i nigdy nie powinieneś znaleźć się w tym miejscu, z drugiej wiesz, że twój los jest w rękach jednej osoby, a znając statystyki, wiesz, że 90 proc. wniosków o areszt jest przez sądy zatwierdzanych. Zastanawiasz się, czy ten system nie jest już tak zepsuty, że także ciebie to czeka. Znane są historie wielu ludzi, którzy trafili do aresztu na długie miesiące, a później okazywało się, że są niewinni. Przecież Polska przegrała już wiele spraw w europejskim trybunale o nieuzasadnione zatrzymanie czy areszt.

Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na niezależnego i rzetelnego sędziego, który zadał sobie trud i zapoznał się z aktami sprawy, co nie jest takie oczywiste — prokuratura wysłała 120 tomów. Sędzia zachował się bohatersko i przeczytał te akta, ale czy każdy tak się zachowa w obecnym klimacie politycznym. Los wielu sędziów jest skomplikowany, o czym świadczą postępowania dyscyplinarne, których doświadczają. Od ministerstwa zależy też rozwój kariery zawodowej, a przecież to właśnie prokuratura jest po drugiej stronie — przeciw obywatelowi ze swoją polityczną siłą.

Co pan poczuł po decyzji o odrzuceniu wniosku o areszt?

Ogromną ulgę, że polskie sądownictwo jest jeszcze niezależne i że ktoś podjął trud przeczytania akt. Ale też niepokój, bo jeśli robi się takie akcje wymierzone we mnie, to znaczy, że stałem się wrogiem partii rządzącej. Niezasłużonym, bo choć jedni przypisują mnie do Platformy Obywatelskiej, a inni do sojuszników Mateusza Morawieckiego, to ja chcę złożyć ważną deklarację: należę do ugrupowania, o którym już wiele osób zapomniało: „normalna Polska”. Chcę normalnie żyć, pracować, zarabiać uczciwie płacić podatki i inwestować w kraju, który jest częścią otwartej Europy, który ma stabilne i przyjazne prawo, w którym instytucje działają dla dobra obywateli, a nie zajmują się represjami, w którym są wolne i niezależne sądy oraz media. Jestem pewien, że tak samo chce większość Polaków.

Jak to się stało, że zainteresowała się panem prokuratura?

Do tego zdążyłem już się przyzwyczaić, bo od ponad pięciu lat jestem prześladowany przez małżonkę Evę Mantziou, z którą zdecydowałem się rozstać. Wyprowadziłem się z mojego domu po tym, jak dowiedziałem się, że pięć osób, w tym byli agenci różnych służb, spędzili w nim długie godziny, a ja potem znalazłem mnóstwo podsłuchów i kamer w różnych miejscach. To była przygotowana prowokacja, mająca na celu późniejszy szantaż.

Ma pan jakiś dowód na poparcie tej tezy? Może małżonka miała inne intencje?

Parę dni później, we wrześniu 2017 r., odwiedził mnie znany warszawski mecenas, dziś skazany wyrokiem sądu za oszustwa finansowe, informując mnie, że jeśli nie zapłacę małżonce 20 mln EUR, to będzie składał na mnie zawiadomienia i utrudni mi życie wszystkimi metodami, angażując czas i pieniądze oraz zmuszając do tłumaczenia się przed różnymi urzędami i agencjami. Zbagatelizowałem to, uznając za zwykłe straszenie, mocno jednak się pomyliłem. Małżonka poszła na komisariat i zaczęła składać pomawiające mnie oskarżenia: zaczęła od rzekomej przemocy domowej, potem składała doniesienia o gwałtach, szpiegostwie, a nawet morderstwie, którego miałem się dopuścić. Po pewnym czasie wszystko się ułożyło w całość — gdy medialnie wypłynęła relacja małżonki ze znanym celebrytą, a wspomniany mecenas blisko z nim współpracował. Zawiadomienia pojawiły się kilka miesięcy po mojej wyprowadzce.

Skąd wzięła się kwota 20 mln EUR?

Mamy z żoną rozdzielność majątkową, ale mecenas sugerował, że i tak należy się jej połowa majątku. Abstrahując od zasadności roszczeń, to do jej wyliczenia przyjęto szczytową wycenę Work Service’u na giełdzie, gdy mój pakiet akcji wart był 200 mln zł. Problem w tym, że nigdy ich za taką kwotę nie sprzedałem. Po tym, jak spółka wpadła w kłopoty, straciła na wartości i ostatecznie sprzedałem pakiet za 2 mln zł, więc nawet gdybym chciał zapłacić żonie, to nigdy za Work Service nie dostałem 20 mln EUR.

Co pan zrobił z tymi oskarżeniami i roszczeniami?

Skala działań mojej małżonki zmusiła mnie do zaangażowania prawników. Pojawiło się wiele spraw — jedne miały charakter cywilny, inne karny. W sprawach cywilnych przegrała w sądzie i musiała oficjalnie mnie przepraszać. Przegrała także w I instancji proces karny. W uzasadnieniu sąd wprost wskazał, że celowo pomawia mnie przed organami ścigania, by zniszczyć mój wizerunek. Cała sytuacja jest konfliktem małżeńskim, który nie powinien wyjść poza sprawy cywilne, rozwodowe, gdyby nie to, że na pewnym etapie z wyjątkowym zaangażowaniem w sprawę włączyła się prokuratura, sprzyjając mojej małżonce.

Jak do tego doszło?

W 2018 r. w jednej ze spraw prokuratura zamówiła opinię biegłego, który określił moją małżonkę jako niewiarygodną, konfabulującą. Mimo to kontynuuje śledztwo oparte wyłącznie na zeznaniach takiego świadka. W tej sprawie dzieje się zresztą wiele dziwnych rzeczy.

Jakich?

Choćby to, że prokuratura interesuje się moją sprawą rozwodową i wypożycza z sądu cywilnego akta tego procesu. Aż chciałoby się zażartować, że jestem jedyną osobą w Polsce, którą rozwodzi prokurator krajowy. Tyle że po tym, co się stało, nie jest mi do śmiechu. Weźmy też pod uwagę prawomocny wyrok sądu, nakazujący mojej żonie publikację przeprosin na Facebooku za zniesławiające mnie wpisy. Proszę sobie wyobrazić, że tą sprawą też interesuje się prokuratura. Według mojej żony planuje składać kasacje w specjalnym trybie do sądu najwyższego.

Oddzielna historia to sam przebieg śledztwa. Wszystko zaczęło się tego, że z mojego domu zniknęły kolekcja obrazów, zegarków i innych rzeczy o dużej wartości Dzięki świadkom akcji ich wynoszenia udało się ustalić, że byli to ludzie pracujący na zlecenie wspomnianego prawnika. Ponieważ jest on w konflikcie z prokuraturą w Warszawie, to śledztwo w sprawie zaginięcia rzeczy z mojego domu zostaje przeniesione do Torunia. Prokuratura decyduje się na postawienie zarzutów karnych mojej małżonce za zainstalowanie nielegalnych podsłuchów, za kradzieże, fałszywe zeznania i nagle, z niewiadomego powodu, sprawa zostaje przeniesiona z Torunia do Szczecina. O ile mi wiadomo, nastąpiło to po interwencji politycznej, informacje na ten temat złożyłem do akt sprawy. I co jeszcze bardziej nietypowe — łączy się sprawę przeciwko mojej małżonce ze sprawą przeciwko mnie. Można się domyślać, że dzięki temu uzyskała możliwość zapoznania się z dokumentacją sprawy przeciwko sobie. Później sprawa kradzieży obrazów z mojego domu zostaje wyłączona do odrębnego śledztwa, ale do dziś nikt nie usłyszał zarzutów, mimo że zostały one odnalezione w prywatnych kolekcjach, czyli wiadomo, kto i komu sprzedawał. Śmiech przez łzy wywołuje fakt, że jedno z moich dzieł wisi w muzeum, zostało więc zakupione od paserów za publiczne pieniądze.

Ale usłyszał pan zarzuty. Najpoważniejszy — pana spółka wyłudziła 42 mln zł z PFRON.

Ze względu na trwające śledztwo nie mogę odnosić się do zarzutów, ale opowiem, jak wyglądała sprawa rozliczeń spółki z PFRON, bo ze względu na status spółki publicznej wiele faktów było raportowanych. Prawdą jest, że Work Service otrzymywał dopłaty do wynagrodzeń osób niepełnosprawnych, które zatrudniał. Przepis mówi, że dopłaty należą się firmie, w której osoby niepełnosprawne stanowią powyżej 6 proc. zatrudnionych. Podkreślam, że to nie jest dotacja dla spółki, lecz do wynagrodzeń. Uzasadniona — osoby niepełnosprawne nie pracują w pełnym wymiarze i statystycznie częściej chorują, mają dłuższe urlopy, więc aby mogli zarabiać tyle samo, wprowadzono mechanizm dopłat. Warto też pamiętać, że PFRON nie jest finansowany z budżetu państwa — pieniądze ma ze składek firm, które nie zatrudniają osób niepełnosprawnych. Nasza spółka przez 20 lat istnienia robiła wszystko, żeby ten wskaźnik spełniać, podobnie jak każda firma z branży outsourcingu pracowników. To obniża koszty zatrudnienia i pozwala realizować mnóstwo prostych prac, np. w archiwum czy ochronie.

Inny przepis mówi, że jeśli spółka spóźnia się z zapłatą składek na ZUS, to dotacja się nie należy. Work Service w pewnym momencie miał kłopoty płynnościowe i zawarł układ z ZUS, rozkładający zapłatę zaległych składek w ratach. To procedura przewidziana prawem, korzysta z niej wiele firm. Przepisy nie przewidują jednak tego, czy sytuacja, w której spółka spłaca zaległości na mocy uzgodnionego z ZUS harmonogramu, świadczy o tym, że ma zaległości czy ich nie ma. W 2019 r. kontrola PFRON wykazała, że było ileś miesięcy, w których spółce dotacja się nie należała. Zarząd podpisał z PFRON ugodę, deklarując spłatę tych zobowiązań wraz z odsetkami i przedstawiając odpowiednie zabezpieczenia. Mnie wówczas już nawet nie było w spółce, a z rady nadzorczej odwołano mnie jesienią 2019 r.

Jaka była skala zakwestionowanych dotacji?

Niewielka — ugoda dotyczyła zobowiązań na 9 mln zł, podczas gdy w ciągu tych kontrolowanych lat Work Service wpłacił do budżetu państwa z tytułu ZUS, VAT, PIT i CIT 7 mld zł. Mimo że spółka zwróciła zakwestionowane dotacje wraz z karnymi odsetkami, to PFRON zdecydował się złożyć doniesienie do prokuratury o wyłudzeniu. Na marginesie — gdy pracownik firmy składa wniosek o dotację, z oczywistych powodów nie może wiedzieć, czy spółka w przyszłości nie opóźni się w zapłacie składek na ZUS. Nie ma więc mowy o żadnym wyłudzeniu w momencie składania wniosku, a to, że PFRON przy wypłacie nie weryfikuje płatności z ZUS, nie powinno obciążać przedsiębiorcy. W 2019 r. prokuratura umorzyła śledztwo, nie dopatrując się przestępstwa. Jednak PFRON, choć ma spłacone zaległości, odwołał się do sądu, który nakazał kontynuowanie śledztwa. Tu znów pojawia się moja małżonka. Po połączeniu śledztw szczecińska prokuratura ją wzywa i — jak publicznie wiadomo — małżonka zeznaje, że Tomasz Misiak robił przekręty na PFRON. Choć wcześniej w licznych doniesieniach na mnie wyczerpała w zasadzie cały Kodeks karny, to nigdy nie zeznawała nic na temat PFRON. Wiele wskazuje na to, że przypomniała sobie po pytaniach prokuratury. Przypomnę tylko, że Work Service był międzynarodową spółką, z niezależnym międzynarodowym zarządem, radą nadzorczą reprezentującą różnych akcjonariuszy, a ja jako honorowy prezydent nie miałem nawet prawa zwoływania posiedzeń. Posiedzenia wszystkich organów natomiast były protokołowane.

Zeznania jednej osoby to chyba za mało, by postawić zarzuty…

Mając te zeznania, prokuratura zaczyna akcję. Docierały do mnie słuchy, że przesłuchują byłych pracowników, ale mnie to nie martwiło, bo pracowali i otrzymywali wypłaty. Outsourcing pracowników, polega na tym, że mają umowę z jedną firmą, a świadczą usługi dla innej. Prokuratura uznaje to za dowód nieprawidłowości. Jednym słowem — ustawę o pracy tymczasowej, która mówi o trójstronnej umowie o pracę, prokurator uznaje za fikcyjne zatrudnianie. Jestem wzywany 17 razy na przesłuchanie, zostaje też przeszukane moje biuro, a 1,5 roku później dom, z których zostają wyniesione komputery moje i syna, a także wszystkie dokumenty. Jednym słowem, prokuratura ma wszystko, co chce.

Czy coś z tych zabranych rzeczy dowodzi pana winy?

Nie mogę mówić o szczegółach śledztwa, ale w materiałach nie ma niczego pochodzącego z zabranych ode mnie sprzętów lub dokumentów. Powtórzę jedynie, że kobieta, z którą się rozwodzę, pomawia mnie na najróżniejsze sposoby oraz że przegrała ze mną już jeden proces, w którym sąd uznał, że dowody przez nią dostarczone są niewiarygodne i mogły być tworzone na potrzeby sprawy.

Według śledczych zaniżaliście składki na ZUS...

Absurdalne stwierdzenie. Work Service stosował praktyki takie same, jak większość firm w branży, np. zatrudnioną przez klienta osobę na etacie zatrudniano w Work Service na umowie zlecenie w ramach pracy w weekend. Od tej umowy zgodnie z prawem nie płaciło się składek na ZUS. Ten model jest szeroko używany przez spółki ochroniarskie i sprzątające, które następnie wygrywały przetargi dla państwowych urzędów. Skarb państwa wręcz promował takie dodatkowe zatrudnienie. Lata później ZUS zmienił przepisy i firmy wpadały w problemy finansowe, bo nie dało się zmienić umów zawartych z niższymi cenami. Ewentualne spory miały charakter gospodarczy, a nie karny. Bo czy można ścigać karnie przedsiębiorcę, który wykorzystuje możliwości prawne? Czy jak ktoś zatrudnia studentów, którzy na mocy prawa zwolnieni są ze składek na ZUS, to dokonuje optymalizacji podatkowej? Przecież to absurd, ale szczecińska prokuratura uznaje to za przestępstwo. Spółka co roku była audytowana przez renomowanych audytorów. Z racji działalności Work Service miał też wiele szczegółowych kontroli ZUS. W ciągu 10 lat zdarzyło się kilka incydentalnych uchybień, ale wszystko było rozwiązywane w standardowym trybie. Na marginesie — korzyść z zapłacenia niższych składek ZUS miała firma korzystająca z pracowników, a nie Work Service. Spółki tej branży pracują na niskich marżach, sięgających 8-10 proc. Wynagrodzenie i składki pracownika są transparentne dla klienta i to on ponosi ich ryzyko.

Według moich nieoficjalnych ustaleń prokuratura zarzuca wam, że przenosiliście pracowników między spółkami, by utrzymać limit uprawniający do dotacji.

Nie mogę komentować zarzutów, ale jak można kwestionować prawo firmy zatrudniającej niepełnosprawnych do przenoszenia pracowników między spółkami? Jeśli w jednej mam pracowników więcej niż potrzebuję, a w drugiej za mało, to racjonalne jest ich przesunięcie. Prokurator uznał, że to nie jest zarządzanie zasobami ludzkimi, swoboda zatrudnienia, lecz wyłudzenie. Nie ma tu żadnego łamania prawa. To normalna poprawa efektywności, dążenie do bycia konkurencyjnym na rynku, dlatego w spółkach grupy pilnowano wskaźnika 6 proc. Jeśli zatrudnia się 10 tys. osób, to w zależności od tego, czy wśród nich jest 599 czy 600 niepełnosprawnych, to spółka otrzyma kilka milionów złotych dopłat. Czyli jeśli zatrudni pan tę jedną osobę np. do pilnowania magazynu, to zdaniem prokuratury popełnia pan przestępstwo. Ponadto prokuratura twierdzi, że to ja ten system wymyśliłem. System PFRON wymyśliło państwo, ktoś skonstruował te przepisy w taki sposób, ktoś wymyślił limit 6 proc., a nie np. dopłaty dla każdego zatrudnionego niepełnosprawnego. Jeśli ktoś uznaje, że przepisy są złe, to trzeba je zmienić, a nie karać firmy, które działają w ramach tego prawa.

Być może prokuratura założyła, że w spółce Work Service dochodziło do patologii znanych z innych spraw: zatrudniony niepełnosprawny musiał coś kupować od firmy go zatrudniającej. Nic takiego nie miało miejsca. Była to normalna praca, ci ludzie byli potrzebni, nie pobierano od nich żadnych opłat czy prowizji. Czy firma zatrudniała więcej niepełnosprawnych, niż wynikało to z czystej logiki biznesowej, ekonomiki stanowiska pracy? Pewnie niektóre procesy można było zautomatyzować, ale jeśli dzięki zatrudnieniu dodatkowych osób firma pokonywała próg 6 proc., a setki niepełnosprawnych miały pracę, to widzę tu same korzyści dla wszystkich stron: niepełnosprawnych, firmy i państwa, a na pewno nie ma w tym przestępstwa.

Zdaniem prokuratury stworzyliście grupę przestępczą, a pan nią kierował…

Kolejny absurd. Jak zatrzymane osoby mogły tworzyć grupę, jeśli pracowały w spółce w różnym czasie? Najpierw prezesem był Tomasz Hanczarek, potem zastąpił go Maciej Witucki, a jego Iwona Szmitkowska. Każdy z nas pełnił prawem przewidziane funkcje korporacyjne i poruszał się w ramach swoich kompetencji. Iwona Szmitkowska została zresztą w spółce po odsunięciu nas przez nowego inwestora przez prawie 2 lata. Powinna dostać medal za uratowanie jej przed bankructwem i przeprowadzenie przez okres pandemii. To dzięki niej zostało uratowanych 7-8 tys. miejsc pracy oraz spłacono wszystkie zaległości wobec PFRON i ZUS. Teza o przestępczej grupie też pochodzi z opowieści Evy Mantziou. Ja niby byłem hersztem tej grupy, bo jako zastępca przewodniczącego rady nadzorczej miałem mityczny wpływ na decyzje. Tymczasem przewodniczącym był Amerykanin z dwukrotnie większym pakietem akcji. Przecież każdy, kto pełni funkcje w radzie nadzorczej i zarządzie, ma wpływ na decyzje, każdy właściciel firmy może przekazywać swoje rekomendacje menedżerom. Nie wynika to ze struktury grupy przestępczej, lecz z Kodeksu spółek handlowych.

Kolejny zarzut to wyprowadzenie pieniędzy ze spółki za granicę. Według ustaleń „Gazety Wyborczej” chodziło o finansowanie projektu Syndicate.

Formą wyprowadzania pieniędzy miało być rzekomo finansowanie przez Fundację Work Service razem z pięcioma innymi firmami, w tym PZU czy BZ WBK kierowanym wówczas przez Mateusza Morawieckiego, fundacji Świat Idei prowadzonej przez Michała Koboskę. To była działalność charytatywna spółki, finansowaliśmy projekt, polegający na kupowaniu licencji i tłumaczeniu tekstów najlepszych światowych ekonomistów, w tym noblistów. Serwis działał i miał koszty, które pokrywał z grantów od firm. Prokuratura każdy przelew zagraniczny uznaje za wyprowadzanie pieniędzy ze spółki. Te wydatki były akceptowane zgodnie ze statutem przez ośmiu z dziewięciu członków rady nadzorczej i audytowane.

Sugeruje pan, że prokuratura na pana poluje?

Wszystko zaczęło się od zeznań Evy Mantziou, która manipuluje i rzuca oszczercze oskarżenia, a dla prokuratury pasuję do obrazka. Przecież już po chwili od zatrzymania na pasku w TVP Info byłem opisywany jako były senator PO, choć w polityce nie działam od 13 lat i dużo więcej osiągnąłem w biznesie. Na dodatek przez wspomnianą fundację można mnie połączyć z premierem Mateuszem Morawieckim czy Michałem Koboską, obecnie czynnym politykiem, ale podkreślam, że kwestionowanie ich działalności także jest bezpodstawne. Nie jestem pierwszy, który słyszy absurdalne zarzuty.

Dlaczego prokuratura tak mocno wierzy pana żonie?

Eva Mantziou jest geniuszem manipulacji, kłamstwa i złej woli. Wiele osób wierzy jej w pierwszym momencie, kreuje się na skrzywdzoną kobietę, wykorzystuje stereotypy, niekiedy posługuje się inscenizowanymi nagraniami mojego dziś 11-letniego syna, który jest przez nią brutalnie wyalienowany z naszej części rodziny i zmuszany do nienawiści do mnie. Zgodnie z opinią biegłych sądowych moje dziecko doświadcza przemocy psychicznej ze strony matki. Nie widuję go od wielu lat, łamane są podstawowe prawa i dziecka, i moje. Za taki występek w innym kraju zabraliby jej opiekę nad dzieckiem. Sprawa, w której dostałem zarzuty, początkowo dotyczyła przemocy domowej i prowadziła ją prokurator wyspecjalizowana w takich przypadkach. Sprawa okazała się jednak tak rozwojowa, że wymagała… zatrzymania szefa potężnej organizacji pracodawców. Gołym okiem widać zażyłą współpracę Evy Mantziou z prowadzącymi śledztwo — o planowanych działaniach prokuratury bardzo często dowiadujemy się w czasie rozpraw sądowych od Evy Mantziou z… kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Eva działa emocjonalnie, pozywa sędziów wydających niekorzystne dla niej wyroki, biegłych zgłasza do CBA. W moim konflikcie z firmą, która przejęła Work Service, odegrała znacząca rolę, bo jej zeznaniami grożono mi w celu wymuszenia niższej ceny sprzedaży akcji. I tak się stało, a Eva do dziś pozostaje we współpracy z moimi oponentami. Agresja objawiła się również w ostatnim miesiącu: jej pełnomocnik wysłała donos na Harvard, na którym rozpocząłem studia, że ukrywa się u nich przestępca, mejl zaadresowano również do władz prokuratury. W tej sprawie podejmuję właśnie kroki prawne.

Według moich ustaleń drugim, obok małżonki, świadkiem prokuratury jest Krzysztof Inglot, pana wspólnik i wieloletni bliski współpracownik, kluczowy menedżer w spółce Work Service. On chyba dobrze wie, co się w niej działo?

Z mojej wiedzy korporacyjnej wynika, że Krzysztof Inglot ma dwie bardzo poważne sprawy karne, toczące się przeciw niemu od prawie roku. Sąd rejonowy skomentował to w swoim orzeczeniu.

Skoro śledztwo trwa od tylu lat, był pan przesłuchiwany 17 razy, prokuratura zabezpieczyła komputery i dokumenty, to jak prokurator uzasadnił wniosek o areszt właśnie teraz?

Nie usłyszałem żadnego uzasadnienia, ale to mnie nie dziwi, bo go być nie może. Współpracowałem ze wszystkimi organami wyjaśniającymi sprawę, nigdzie nie uciekałem i nie próbowałem na nikogo ani na nic wpływać. Wniosek o areszt nie miał żadnego uzasadnienia, co potwierdziły sądy dwóch instancji.

Może pan zapewnić, że pana firma nie wyłudzała pieniędzy z PFRON, wszyscy niepełnosprawni byli realnie zatrudnieni i nie musieli w jakiś sposób dzielić się pensją?

Oczywiście! Ze 100-procentową pewnością mogę powiedzieć, że nikt mi nigdy nic nie odpalił i nikomu nigdy nie wydałem poleceń, których konsekwencją byłoby naruszenie prawa. Zresztą moje polecenia wywołałyby rozbawienie w spółce tak regulowanej prawnie, regulaminowo i decyzyjnie przez fundusz. Rady nadzorcze trwały godzinami, a zmiana członków zarządu miesiącami. Decyzje prokuratury są takie, jakby oceniała małą spółkę cywilną, a nie zatrudniającą 35 tys. osób grupę kapitałową działającą w 17 krajach. Jeśli zatrudnia się tak dużo pracowników, to rzecz jasna nie można wykluczyć, że któryś z nich w ciągu tych już ponad 20 lat działalności nie popełnił jakiegoś błędu formalnego. Mogę zapewnić, że Work Service działał uczciwie i zgodnie z prawem, a potencjalny błąd szeregowego pracownika — o ile w ogóle się przydarzył — nie powinien skutkować zarzutami karnymi i aresztem dla członków zarządu i rady nadzorczej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane