W potyczkach sądowych między Tomaszem Misiakiem a włoską Gi Group, która dwa lata temu odkupiła od niego i innych inwestorów pakiet kontrolny giełdowej agencji pracy tymczasowej Work Service (i zmieniła jej szyld na Gi Group Poland), górą po raz kolejny są Włosi. 20 grudnia Sąd Apelacyjny w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie skargi przedsiębiorcy na ubiegłoroczne postanowienie trybunału arbitrażowego.

Oznacza to, że Tomasz Misiak ma zapłacić Włochom 4 mln zł (plus odsetki) za niewywiązanie się z umowy sprzedaży im całego pakietu akcji Work Service'u w 2020 r., a ponadto uregulować ponad 1,5 mln zł kosztów związanych z postępowaniem arbitrażowym. „Z zadowoleniem przyjmujemy prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Sąd oddalił skargę wniesioną przez Tomasza Misiaka, współzałożyciela i byłego akcjonariusza Work Service’u, który twierdził, że sprzedał swoje akcje pod wpływem gróźb. Tym samym Sąd Apelacyjny w Warszawie potwierdził zasadność podnoszonych przez Gi Group argumentów co do ważności umowy sprzedaży akcji zawartej z Tomaszem Misiakiem w sierpniu 2020 r. W ustnym uzasadnieniu sąd zgodził się w całej rozciągłości z decyzją Sądu Arbitrażowego ICC, nie mając żadnych zastrzeżeń co do bezstronności żadnego z trzech arbitrów biorących udział w postępowaniu. Sąd uznał także, że biorąc pod uwagę zeznania Tomasza Misiaka, nie ma żadnych podstaw do stwierdzenia, że zawarł on umowę sprzedaży swoich akcji pod wpływem gróźb” — czytamy w rozesłanym do mediów stanowisku Gi Group.
Tomasz Misiak wraz z trzema znaczącymi akcjonariuszami Work Service'u w sierpniu 2020 r. porozumiał się w sprawie sprzedaży Gi Group znaczących pakietów akcji spółki, która borykała się z dużym zadłużeniem wobec banków i instytucji publicznych. Sprzedał im wtedy prawie 10 proc. akcji spółki po 0,21 zł za walor (łącznie 1,2 mln zł), Włosi odkupili też od niego obligacje spółki za 3,5 mln zł.
Resztę pakietu — prawie 5 proc. — miał sprzedać po tej samej cenie w ramach ogłoszonego później wezwania, ale złożył oświadczenie o odstąpieniu od transakcji, oskarżając jej uczestników o szantaż. Twierdził, że doradcy transakcyjni i współpracownicy włoskiego inwestora grozili mu, że jeśli nie podpisze umowy, to do prokuratury wpłyną zawiadomienia o (rzekomo) popełnianych przez niego przestępstwach, a do żony informacje, które będzie mogła wykorzystać w sprawach rozwodowych.
Trybunał arbitrażowy tym tłumaczeniom nie dał wiary, a teraz skargę na jego rozstrzygnięcie odrzucił także sąd cywilny.
— Wyrok oczywiście przyjmuję, ale się z nim nie zgadzam. Zamierzam wykorzystać wszystkie możliwości prawne, włącznie z Sądem Najwyższym i ścieżką międzynarodową. Z Gi Group rzecz jasna się rozliczę, ale jednocześnie mam osobistą satysfakcję, że za moją sprawą nie doszło do rozwodnienia mniejszościowych akcjonariuszy w drodze dużej emisji akcji po cenie 0,39 zł i Gi Group płaciła w wezwaniu znacznie więcej, bo 1,45 zł — mówi Tomasz Misiak.
Gi Group podkreśla w oświadczeniu, że do tej pory nie otrzymała od Tomasza Misiaka zasądzonej przez arbitraż kwoty, „gdyż oświadczył on, że nie posiada żadnych aktywów ani nieruchomości”.
„Z tego powodu Gi Group Holding wniosła wniosek przeciwko Tomaszowi Misiakowi o stwierdzenie wykonalności wyroku sądu arbitrażowego” — informuje spółka.
