Tony wydanych kart o niczym nie świadczą
Zamiast bilonu w kieszeni
Zgroza. Otwieram sobie raport Indicatora na temat znajomości kart płatniczych i ręce opadły. Okazało się, że optymistyczne szacunki i deklaracje wydawców plastikowych pieniędzy za nic nie chcą się pokrywać z rzeczywistością. I, oczywiście, winnych nie ma.
SPORO ostatnimi czasy płynęło deklaracji o milionach wydawanych na świecie i w Polsce kart płatniczych. Sporo popłynąło deklaracji o gwałtownym rozwoju rynku, o kolejnych bankomatach instalowanych na naszych ulicach, w końcu — o planach rozwoju. Zrobiło się optymistycznie. I nagle — bum.
NIE MAM pojęcia — bo Indicator nie podał tego — jaki jest błąd statystyczny opisanych obok badań. Ale nawet gdyby wynosił 5 proc., to i tak obraz, jaki wyłania się z raportu, przyprawia o dreszcze. W tłumaczeniu na prosty język wynika, że Polacy używają kart płatnicze wydawanych przez ich banki np. do rozcinania gazet, czyszczenia paznokci czy po prostu traktują jako fajne, kolorowe ozdobniki portfeli. Używanie kart w sklepach czy na stacjach benzynowych to działania przypadkowe, praktycznie zależne jedynie od dobrej woli czy wykształcenia posiadacza plastikowego pieniądza. Wszyscy twierdzą, że zdają sobie z tego sprawę. Jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Jakoś jednak nic konkretnego nikt nie ma do zaproponowania.
ZE ZGROZĄ uświadomiłem sobie, że i ja jestem takiemu stanowi winien. Jako dziennikarz. Jeden ze znajomych bankowców długo kiedyś tłumaczył w czasie prywatnego spotkania, jaką to ogromną rolę edukacyjną mam do spełnienia. Że to również na mnie (o kolegach z innych gazet nie wspominając) obowiązek tłumaczenia, że karta płatnicza nikomu krzywdy nie zrobi, że transakcje dokonywane za jej pomocą są bezpieczne, że karta nie gryzie, wbrew temu, co niektórzy o niej mogą sądzić. Kiwałem głową, przytakiwałem. Potem wziąłem się do pracy. I tłumaczyłem, tłumaczyłem, tłumaczyłem...
WYCHODZIŁOBY na to, że kiepski ze mnie nauczyciel, ale pocieszam się, że może gdyby nie te kilka tekstów, to odsetek osób nie znających kart płatniczych byłby znacznie większy. Bolesne jest też uświadomienie sobie, że obok samochwalstwa wydawców plastikowych pieniędzy nie ma w Polsce jakichkolwiek większych akcji marketingowych przekonujących do kart w ogóle. Owszem — poszczególne promocje są, nawet szumnie zorganizowane. Jednak ciągle brakuje wielkiej, na szeroką skalę, działalności edukacyjnej. Same banki powinny przekonać klientów, że dostają do ręki wyjątkowy instrument — kawałek plastiku, dzięki któremu niepotrzebne są wypchane bilonem kieszenie i grube portfele, będące łatwym łupem dla złodzieja. To banki powinny przekonać, że transakcje dokonywane za pomocą karty są bezpieczne, że w razie utraty bank poniesie odpowiedzialność za transakcje zgłoszone po powiadomieniu go o utracie karty. Takich przypominanek powinno być jak najwięcej.
MOŻE TO kolejne pobożne życzenia. Może wygodniejsza jest akceptacja sytuacji, gdzie „my wydajmy 5, 10, 15 milionów kart, a co potem będzie się z nimi działo, to już nas trochę mniej obchodzi”. Klienci narzekają na brak koniecznej do bezgotówkowych transakcji infrastuktury. I mają rację. Pomysłów na naprawienie tego jest mnóstwo. Brakuje tylko mocnej platformy porozumienia, jak to zrobić. Mimo wszystko.
SWEGO czasu jeden z wielkich wydawców kart zapowiedział ogromną akję promocyjną. Mam na to dowody na piśmie. Może przyszła pora, by zapytać: „no i co”?
SIEDZĄC tak sobie w kręgu pobożnych życzeń, mam jeszcze jedno — chciałbym, żeby na moim biurku zadzwonił telefon, a któryś ze znanych mi głosów powiedział: „Dzień dobry. Uważnie przeanalizowaliśmy raport i doszliśmy do wniosku, że...”.
TELEFON na razie milczy.