Transportowcy chcą równych praw na rynku UE

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2001-12-13 00:00

Andrzej Celej,

prezes zarządu, dyrektor generalny ZTE Radom

- Transport to system nerwowy gospodarki, natomiast to co wynegocjował poprzedni rząd to skandal. Nie możemy doprowadzić do sytuacji, że polskiemu piekarzowi mąkę będzie przywoził holenderski przewoźnik, podczas gdy nie będzie szansy na to, że my dostarczymy ten surowiec do holenderskich piekarni. Jeżeli wpuścimy na nasz rynek przewoźników unijnych i jednocześnie zgodzimy się na kilkuletni okres przejściowy, to polscy przewoźnicy przestaną istnieć. Mam nadzieję, że nasz rynek nie zostanie skazany na zagładę przez naszych negocjatorów. W przeciwnym razie będziemy musieli uciekać się do bardziej drastycznych rozwiązań.

Władysław Sobański,

prezes Trans Universal Poland

- Adresatem listu powinny być wszystkie osoby i instytucje, które mają wpływ na ustalenia w procesie negocjacji z UE. Firmy transportowe były pierwszymi polskimi podmiotami, które pracowały na terenie Unii, dlatego oczekiwaliśmy raczej, że transport międzynarodowy nie napotka poważnych problemow przy wstępowaniu Polski do UE. Okazało się, że takie problemy wystąpiły i to na skalę istotnie naruszającą interesy naszych przewoźników. Stąd nasze zaniepokojenie i pomysł stworzenia takiego listu. Pragnę jednak podkreślić, że nie chodzi nam o to, że jako najwięksi chcemy tworzyć jakieś bariery. Pragniemy jedynie jako reprezentanci polskiego transportu wpłynąć na zmianę dyskryminujących nas przepisów. Wydawało się, że transport drogowy jest branżą, która ma szansę być w UE czymś w rodzaju polskiej specjalności, a tymczasem napotyka ona coraz to nowe przeszkody.

Grzegorz Bielowicki,

prezes Euroad

- Nie chcemy ustawy o transporcie drogowym traktować jako zagrożenia, chcemy w niej dostrzegać szanse. Ustawa ta mogłaby wprowadzić jasne zasady konkurencji i wyeliminować z rynku tych, którzy zasad tych nie przestrzegają. Oczywiście szanse te urealnią się dopiero wtedy, gdy negocjacje z UE zostaną poprowadzone w taki sposób, że rynek zostanie otwarty w obie strony. List nie jest formą naszego narzekania na zaistniałą sytuację, jest jedynie poglądem dużych firm transportowych. Chcemy, aby dotarł do tych, którzy prowadzą w naszym imieniu negocjacje z UE. Nasze stanowisko jest jednoznaczne. Nie będziemy mieli zastrzeżeń do zapisu art. 107 ustawy o transporcie drogowym, ale tylko w przypadku braku ograniczeń związanych z naszym wejściem do UE. Chcemy być partnerami w przewozach i konkurować jakością usług. Nie chcemy okresu przejściowego, który będzie barierą trudniejszą do pokonania niż dzisiejsze granice.

Wojciech Sienicki,

dyrektor zarządzający CJ International i skarbnik ZMPD

- Wielokrotnie pisaliśmy o art. 107 do przewodniczącego komisji, która ustawę przygotowywała, do Alicji Grześkowiak i do ówczesnego ministra transportu, a nawet do prezydenta RP. Art. 107 mówi „wam wszystko, nam nic”. Kiedy likwidowano Stocznię Gdańską, która dawała zatrudnienie 5 tys. osób, w kraju aż huczało. Tymczasem my jesteśmy grupą zawodową, która skupia około 240 tys. miejsc pracy, czyli 48 takich stoczni. Funduje się nam przepis, który doprowadzi do masowych zwolnień. Chcę jeszcze podkreślić, że jest już połowa grudnia, a ciągle nie ma rozporządzeń wykonawczych do ustawy.

Albert Borowski,

prezes Pekaes

- Warto przypomnieć, że to nie Bruksela wymyśliła sobie, że w ten sposób (art. 107 ustawy o transporcie drogowym) będzie bronić swojego rynku przed konkurencją. Na Komisję Europejską naciskają przecież rzesze przewoźników z innych krajów, w szczególności z Niemiec i Austrii. Dlatego nasze przedsięwzięcie w postaci listu intencyjnego można traktować również jako przeciwwagę i oparcie dla naszych negocjatorów. Zgadzamy się z liberalizacją, ale musi ona dotyczyć obu stron. Ponieważ decyzje, które zapadną podczas ostatecznych negocjacji, dotyczą interesów obu stron, chcemy usiąść do stołu jak równoprawni partnerzy. Naszym listem pokazujemy, że jesteśmy gotowi do uczciwej konkurencji w UE. Nasze działania mają na celu także obronę mniejszych przewoźników. Dla dużych firm transportowo-spedycyjno-logistycznych nie jest bez znaczenia, czy mali są czy ich nie ma. Znacznie trudniej jest z wielu względów współpracować z panem Schmidtem niż z panem Kowalskim.

Adam Rams,

wiceprezes zarządu Delta Trans

- Nie chcę, żeby ktoś odniósł wrażenie, że za pomocą tego listu chcemy załatwić jakieś partykularne interesy. W tym wieku chyba jeszcze nikt nie wymyśli urządzenia pozwalającego na transport ładunków bez pomocy firm transportowych, zatem muszą one istnieć. Tymczasem wszystko zmierza do tego, że od samego początku naszego członkostwa w UE mamy zająć z góry przegraną pozycję. Katastrofa rodzimych firm transportu drogowego szybko odbije się na portfelach obywateli. Nie jesteśmy przeciwko ustawie, chcemy tylko, żeby brano pod uwagę nasze zdanie. Ustawa ma wiele przepisów, które naszym zdaniem są po prostu bez sensu, od powołania Inspekcji Drogowej, po konieczność posiadania certyfikatu kompetencji zawodowych. Wynika to z bagatelizowania przy jej tworzeniu głosu przewoźników. Niemniej potrzebujemy tej regulacji.