Trochę to lipa jest

Karol Jedliński
10-08-2007, 00:00

Jak trzeba, Piotr Uklański krzyknie do kilku tysięcy żołnierzy, byle nie nazistowskich, że się mają do zdjęcia ładnie ustawić. Bo z tego sztuka będzie.

Został pan gwiazdą. Popularną.

Chodzi o to, że przyjechałem na gdański Festiwal Gwiazd? I że przy okazji odcisnąłem swoją dłoń na placyku przed filharmonią?

Dajmy na to. Artysta już komercyjny?

Jestem tu z istotnych powodów, a pytanie jest tak twierdzące, że nie potrafię zaprzeczyć. Moja sztuka jest na sprzedaż. To jednak też wciąż rodzaj performance i nie trzeba tu wszystkiego brać zupełnie na poważnie.

Czyli śmichy-chichy. Drwiny z publiczności?

Od jakiegoś czasu robię takie prace, które mają aspiracje do bycia „pomiędzy”. Pomiędzy wysoką sztuką, taką dla maniaków, zamkniętą w galeriach, a czymś bardziej powszechnym. Umieszczanym w kontekście populistycznym. Film zrobiłem przecież w zeszłym roku, pierwszy polski western.

Jak coś pierwsze, to nie znaczy, że jest najlepsze. Ale niech będzie. W końcu western nominowali właśnie do prestiżowej nagrody Gucci.

Przyznaje się ją artystom spoza branży filmowej, niejako przy okazji festiwalu w Wenecji. Mój „Summer Love” znalazł się w ścisłym finale. Paradoksalnie będzie walczył o nagrodę w ojczyźnie spaghetti westernów.

Polska publiczność nie miała jednak okazji obejrzeć pana debiutu reżyserskiego.

Niestety. Francuska firma, która zajmuje się dystrybucją filmu, sprzedała go już do dziesięciu krajów, m.in. Czech, Włoch, USA, Brazylii czy Japonii. One mają minimalną opłatę dystrybucyjną, poniżej której nie schodzą. Jeśli polski dystrybutor tyle nie zapłaci, to „Summer Love” nie znajdzie się w naszych kinach.

Szkoda. Figura, Linda i Val Kilmer w kowbojskich kapeluszach to gratka.

Val Kilmer nie jest tam postacią dominującą. Film żyje poza Polską bardzo fajnie, ale tu mogłoby zaiskrzyć jego odmienne odczytanie. Bo wszyscy Lindę i Figurę znają i patrzą na nich inaczej. Intrygująca perspektywa i coś z tym pewnie zrobię, żeby western pokazać także w Polsce.

Na razie pokazał pan, jak można ustawić trzy tysiące przebranych żołnierzy.

Choćby w znak Solidarności na terenie stoczni. To mój najnowszy projekt, który tak celebrowano w Gdańsku. Fotografia gigant i kilka godzin na podnośniku dla jednego kadru.

Duże zdjęcie w ramce to zaraz wielka sztuka?

Ale jednak ktoś je musi zrobić, mieć pomysł, całą akcję zorganizować i sfinansować. Byłem ja, były władze Gdańska, stoczniowcy, żołnierze jako statyści.

Co artysta miał na myśli?

Są artyści, może raczej twórcy, którzy w tym, co robią, chcą opowiedzieć i zdeklarować coś bardzo jasno, wprost. Ja szukam czegoś odwrotnego. Wierzę, że długość życia dzieła zależy właśnie od jego wielowymiarowości. Za kilka lat ta fotografia będzie pewnie zupełnie inaczej odbierana.

Zawiśnie obok Kossaków?

Oby nie gniła w magazynie. Jeśli kiedyś zostanie zderzona z innymi twórcami w nowym kontekście, może być i obok Kossaka. I się obroni.

Ale jest w tej całej akcji jakiś haczyk. Tak jak z portretem Jana Pawła II, ułożonym z kilku tysięcy brazylijskich żołnierzy. Palono pod nim znicze. Taki był zamiar?

Powtarzam — zamiar był wieloznaczny. Chciałem wkroczyć w rejony, w które twórcy zapuszczają się coraz rzadziej.

Boją się?

Dawniej z uwielbieniem stawiano pomniki i rzeźby na placu czy skwerze w miasteczku. Teraz ta publiczna sztuka to zapomniana działka, skompromitowana dość mocno w komunistycznej Polsce.

No, chyba że wojna lub papież.

Z tym jest trochę jak z architekturą. Mamy dużo nowych budynków, ale wybitnych bardzo niewiele. Artyści sami nie chcą tej pomnikowo-publicznej działki dotykać, bo mam wrażenie, że obawiają się kompromitacji. A ja szukam tego tabu, tej tzw. sztuki państwowej. Celowo, z premedytacją. Przyznaję się.

Do „Nazistów” też się pan przyznaje?

Nie chodziło o zrobienie czegoś obrazoburczego, wybuchowej mieszanki, która każdego wkurzy. „Nazistów” pokazywałem w bardzo wielu miejscach i tylko w Polsce wybuchł skandal, bo się znalazł jeden porywczy aktor.

A gdzie indziej ludzie obojętnie wzruszali ramionami?

Nie było letnio, ale z szablą nikt nie latał. W Stanach na wystawę przyszedł jeden z jej bohaterów, aktor Leonard Nimoy, grający rolę Mr. Spocka w legendarnym „Star Treku”.

Który to?

Taki starszy, co uszy miał podciągnięte do góry.

Wystawały spod czapki.

W życiu. Podobało mu się. W Niemczech też miałem znakomite recenzje.

To czas na comeback „Nazistów” do Polski?

Ha, ha, brzmi jak podpucha. Ale może to być ciekawy eksperyment, z ciekawymi reakcjami.

Może ostrze krytyki już stępione?

Upłynęło parę lat, pewnie obyłoby się bez obyczajowych scenek. Był taki czas, kiedy polityk lubił wejść do galerii i coś zniszczyć. Ten okres minął. Chyba.

Zawsze można posądzić Uklańskiego o szarganie świętości, czyli Solidarności.

Znam wybuchowość niektórych polityków, były nawet głosy podejrzewające, czy to nie jakaś przewrotność, ta cała pompa wokół fotografii w stoczni.

Co z tymi, którzy twierdzą, że to artystyczny niewypał, pusty banał?

Dla mnie jest świetnie. A strasznych gniotów własnego autorstwa nie przypominam sobie. Na pewno zdarzały się prace słabsze, formalnie niedostateczne. Pośpiech nie sprzyjał. Ale tu wyszło tak, jak chciałem.

Na szersze wody wypłynął pan dzięki „Dance Floor”. Co się teraz dzieje z pulsującą posadzką?

Jest w nowojorskim muzeum Guggenheima na Manhattanie. W czerwcu ją tam zainstalowałem. Zeszłej jesieni na aukcji w Londynie poszła za 92 tys. funtów szterlingów.

Całkiem ładnie. Czy to nie na tej samej akcji licytowano „Nazistów”?

Na tej samej.

Cena końcowa to jakieś 3,3 mln złotych. Mało kogo stać teraz na Uklańskiego.

Aukcje żądzą się swoimi prawami. Rynek sztuki na Zachodzie jest w stanie ekscytacji. Takie ceny się zdarzają.

Został pan najdroższym polskim artystą współczesnym, wyprzedzając Abakanowicz.

To nie jest tak, że zaraz po tym podniosłem ceny na przykład razy trzy. Na Zachodzie dla artystów po trzydziestce ceny w okolicach miliona złotych, nawet dwóch nie są czymś nadzwyczajnym, choć przyjemnym.

To, że pana praca też poszła za parę baniek, schlebia?

Schlebia, ale pieniądze i popularność tak naprawdę dają możliwości, a nie próżne samozadowolenie. Taki western sobie mogę wtedy kręcić, parę osób też w niego zainwestuje swoje pieniądze.

Można też i za to wykupić ogłoszenie we francuskim periodyku, tylko po to, by zaprezentować zdjęcie goluśkiej pupy pewnej pani.

Dobry pomysł. Sam tak przecież zrobiłem. W ogóle to ja już mam nazwisko, przydatne przy nowych projektach.

Jednak gwiazda?

Do Nowego Jorku, gdzie mieszkam, wciąż przyjeżdża tysiące takich jak ja.

Zaczęło się od klepania biedy? Kapało pewnie panu na głowę w jakiejś podłej suterenie.

Kapania w suterenie jednak nie przypominam sobie. Ale gdy przyjeżdżasz jako student z uboższego kraju, oczywiste, że się tę poczciwą biedę znało. Mało kto się mną z początku interesował. Aż do „Dance Floor” w 1996 r.

Nie lepiej w Warszawie? W bohemie?

Studiowałem na ASP, chciałem kawałek świata zobaczyć. Poznałem za oceanem przyszłą żonę. No i poszło.

Niektórzy narzekają na polski zaścianek.

Mieszkałem przez jakiś czas choćby w Finlandii i we Francji. Nie ma miejsc idealnych.

Legendarny New York też nie?

To miasto do pracy. Ale żeby dziecko puścić do biegania samemu po ulicy, to niekoniecznie. W sam raz do zdobywania. Konsumować trzeba będzie gdzieś indziej.

Kogo jak kogo, pana na to stać.

O właśnie. W Polsce podchodzi się bardzo podejrzliwie do sytuacji, w której człowiek sztuki zarabia przyzwoite sumy. Że to niby nieuczciwe jest, że się zaprzedał, że to nie licuje.

Taka komercyjna świnka.

I tu żadna partia rządząca czy minister kultury nie jest winny. To mentalność.

W Polsce bogaty artysta to wciąż raczej ewenement.

Możliwości na tym rynku jest ciągle mało. Prywatnych, silnych galerii jest kilkanaście na cały kraj, tymczasem każde niemieckie miasto ma tyle. I tak sobie kombinuję: więcej galerii to więcej artystów, fermentu, to większa otwartość na nowe projekty.

Marzenia. Siła nabywcza polskiego ludu rośnie powoli i wciąż nie zbiera się na bilet do kina, na pana niszowy western, a prędzej na bilet na autobus.

Jasne, akceptuję ten mechanizm. Ale zachęcam instytucje publiczne, aby patrzyły na sztukę jako coś, na czym można zarobić niekoniecznie finansowo, ale wizerunkowo. Na przykład Francuzi ustalili, że jeśli kupisz dzieło sztuki, to możesz sobie je od podatku odpisać.

Powiało pesymizmem.

Do Gdańska przyjechałem jedynie na kilka dni i jestem w złotej klatce. Ciekawe, co tu się dzieje, jak wszystkie VIP-y wyjadą. Zostajesz sam i próbujesz coś szarpać z urzędami.

Znana twarz chyba jednak pomaga?

Nie kreuję się na gwiazdę popkultury, choć jest w tym element, na którym lubię bazować. Brać banał za punkt wyjścia, kalkę ikony kultury. Trzymam przy tym zdrowy dystans do swojej popularności.

Bez nadęcia.

Ten festiwal to jest taka trochę lipa. Masz swoje pięć minut, flesze, uściski dłoni, ale potem zaraz wracasz do siebie. Do roboty. n

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Trochę to lipa jest