Trwa rywalizacja o brązowy medal

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-06-20 20:00

Pierwsza faza wyborów do Parlamentu Europejskiego (PE), czyli powszechne głosowanie obywateli 27 państw Unii Europejskiej podczas superweekendu 6-9 czerwca 2024 r., dość szybko przechodzi już do archiwów.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Naturalnie każdy z głosujących pamięta komu – a przynajmniej której partii – postawił na kartce wyborczej krzyżyk zaufania. Poza samą klasą polityczną oraz oczywiście mediami mało kto się jednak jeszcze interesuje, co dalej ze wspomnianego krzyżykowania wynika. Tymczasem w Brukseli przed inauguracją kadencji 2024-29 (pierwsza sesja PE odbędzie się 16-19 lipca) trwa dość intensywna druga faza wyborów, czyli polityczna układanka. Międzynarodówki partyjne w PE są od dawna ukształtowane, ich struktura na kadencję 2024-29 przeniesiona została z kończącej się 2019-24, ale w niektórych szczegółach sytuacja jest dynamiczna.

Przez kilkanaście dni po wyborach wyglądało na to, że obsada unijnego podium się nie zmieniła. Złoty medal zbiorowo zdobyły partie chadecko-ludowe, na drugim miejscu socjaldemokratyczne, a na trzecim – ale już w znacznym odstępie arytmetycznym – liberałowie. Po kolejnych przesunięciach i przygarnianiu przez grupy polityczne pojedynczych europosłów z różnych małych partyjek, które często dostały się do PE pierwszy raz, zmienił się brązowy medalista! Według stanu z 20 czerwca czołówka wygląda następująco: chadecka Europejska Partia Ludowa – 189 mandatów; centrolewicowi Socjaliści i Demokraci – 136; uniosceptyczni Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – 83; liberalna Odnowa Europy – 81.

Szefową wypychającej liberałów z podium grupy konserwatywnej jest Giorgia Meloni, włoska premierka. Już na nieformalnym szczycie Rady Europejskiej 17 czerwca, gdy brązowy medal trzymali jeszcze liberałowie, ostro zaprotestowała przeciwko marginalizowaniu jej grupy, której bardzo ważnym składnikiem są europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Ze względu na porozumienie trzech dotychczas liderujących grup EKR raczej nie otrzyma żadnego z czterech stanowisk w UE najważniejszych, dlatego Giorgia Meloni domaga się przynajmniej fotela pierwszego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, którym zostałby komisarz włoski. Paradoks polega na tym, że ambitna premierka jeszcze nie ma kandydata, ale w szeregach jej partii Bracia Włosi (nazwa marketingowo znakomita, to pierwsze dwa słowa… hymnu włoskiego) na pewno kogoś znajdzie.

O skomplikowaniu unijnych powyborów może świadczyć przypadek węgierskiego Fideszu. Partia wszechwładcy Viktora Orbána zdobyła 9 czerwca tylko 10 z 21 węgierskich euromandatów, ale to pula arytmetycznie nadal znacząca. W poprzedniej kadencji PE została wyrzucona (formalnie – przymusowo sama odeszła) z największej międzynarodówki chadecko-ludowej i funkcjonowała w grupce europosłów niezrzeszonych, czyli całkowicie na marginesie. Dlatego w ostatnim czasie PiS, a personalnie negocjator Mateusz Morawiecki, włożył wiele wysiłku w inicjatywę przygarnięcia Fideszu przez EKR, co bardzo by tę grupę wzmocniło i dało jej trwały już brązowy medal. Akcesję zablokowała jednak osobiście Giorgia Meloni, żądając od Viktora Orbána oficjalnego, pisemnego poparcia Ukrainy – co oczywiście nigdy mu przez usta nie przejdzie. Ciekawe, że taką deklarację taktycznie złożył nacjonalistyczny Sojusz Jedności Rumunów (AUR) – chociaż jego lider George Simion to dla Kijowa persona non grata – i został do EKR przyjęty, w końcu sześć mandatów w PE to naprawdę cenna zdobycz. To stało się dla Viktora Orbána idealnym pretekstem do oznajmienia, że to… sam Fidesz zrezygnował z członkostwa w grupie konserwatywnej właśnie z powodu przyjęcia rumuńskiego AUR, skrajnie antywęgierskiego. Pogmatwane rozgrywki międzysąsiedzkie wewnątrz rodziny politycznej aktywnie współtworzonej przez PiS obalają klasyczną i logiczną zasadę, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Okazuje się, że niekoniecznie…